Na Święta Wielkanocne ruszyliśmy na południe szukać promieni słonecznych. Dotarliśmy pod Polanę.
W sobotę trochę kręciliśmy się po okolicznych pagórach aż w końcu zjechaliśmy jeszcze niżej na pogranicze słowacko-węgierskie, w Czerhat. Przez pół godziny jeździliśmy po wszystkich drożynach, które były w bardzo opłakanym stanie, po wsi Somoskoujfalu w poszukiwaniu zielonego szlaku. Naszym próbom przyglądali się wszyscy okoliczni mieszkańcy. Szlaku nie udało się znaleźć, więc wróciliśmy na granicę, skąd startował słowacki szlak żółty.
Pierwszy znak żółtego szlaku kierował wprost do rowu z płynącym ściekiem, czy też rzeczką, którą trzeba było przeskoczyć dużym susem. Potem szlak pojawił się może jeszcze z dwa razy i zniknął. Szliśmy więc pod górkę bez znaków aż doszliśmy na rozległą polanę, a na jej górze znajdowała się ambona myśliwska z ogromnym żółtym znakiem. Wyżej zmieniliśmy kolor szlaku na czerwony i już bez zakłóceń dotarliśmy na rozdroże pod Karancem, skąd strome zbocze prowadziło na szczyt.



Na szczycie Karanca (727 npm) znajduje się nadajnik telewizyjny, ale również i 20-metrowa wieża widokowa, z której widoki przyprawiają o zawrót głowy. Dobrze widać Javorie, Góry Szczawnickie, a z bliskich widoków wzrok przykuwa zamek Somoska i węgierskie miasto umiejscowione pomiędzy zalesionymi wzgórzami, czyli Salgotarjan. Niestety trafiliśmy na duże zachmurzenie, a na wieży dość mocno wiało, więc po pobieżnych obserwacjach zeszliśmy tą samą sekwencją szlaków.


Pierwszy nocleg mieliśmy przy sztucznym zbiorniku Ruzina w Divinie. Jakiś mors wieczorem nawet się w nim kąpał.

Następnego dnia podjechaliśmy samochodem do osady Budina, która znajduje się wysoko na grzbiecie nad Teplą Doliną. To już pasmo Ostrozky.
Z Budiny weszliśmy żółtym szlakiem na Jasenie, a następnie zielonym w stronę Javora przez malownicze Budinske Lazy. Weszliśmy też na Javor, ale widok z niego aż tak bardzo nas nie zachwycił. Żeby rzucić okiem na pasmo Polany trzeba z Javora zejść nieco niżej przez łąkę niebieskim szlakiem, co może być dość ryzykowne, gdyż na łące jest bramka z tabliczką informacyjną ostrzegającą, że może na niej grasować plemienny byk. Nas on, w każdym razie, nie dopadł.




Niebieski szlak doprowadził nas na Divinske Lazy. To miejsce spodobało nam się najbardziej.



Trochę za długo zabawiliśmy na trasie, więc musieliśmy nieco skrócić naszą sensowną pętlę, żeby zdążyć na kolejny nocleg. Zamiast zejść do Divina i wrócić do Budiny zeszliśmy więc na pałę do Teplej Doliny. Z doliny pierwszą lepszą ścieżką podeszliśmy na przeciwległy grzbiet. Po godzince byliśmy z powrotem w Budinie.

Nocleg mieliśmy w Hrinovej pod Polaną. Właścicielka - Pani Sivokova, powitała nas pytaniem: co wy tu robicie? Odpowiedziałem jej zaskoczony, że przyjechaliśmy pochodzić po górach. Wieczorem poszliśmy na stację paliw (bo wszystkie okoliczne sklepy były zamknięte) po brakujące ogniwo, czyli piwo. Po drodze przechodziliśmy przez coś w rodzaju rynku. Tryskają tu oczywiście fontanny, ale przy robieniu zdjęcia nie chciało mi się czekać na erupcję

.

Po co się przyjeżdża pod Polanę? Chyba po słońce, które w śmigusa od rana smażyło dość ostro. Po co jeszcze? Chyba po to, żeby zrobić taką trasę, jaką zrobiliśmy tego dnia.
Z rozdroża pod Fangov Wierchem podeszliśmy najpierw na Malczekową Skałę, skąd rozpościera się przepiękny widok na całą okolicę. Po drodze mijaliśmy ludzi spieszących się do kościoła na mszę. A kościół umieszczony jest genialnie, na skarpie, więc gdybym praktykował raczej spędzałbym msze stojąc przed jego wejściem.





Zielony szlak prowadził nas dalej przez podpolańskie przysiółki.






Aż pod 20 metrowy Wodospad Bystre. Świetne miejsce, siedzieliśmy pod nim dobrą godzinę.


Obok wodospadu poprowadzono drabinki, żeby bezpiecznie podejść do góry. Dalej nasz szlak prowadził do Hotelu Polana. Byliśmy tu cztery miesiące temu, ale wtedy nie wstąpiliśmy do środka. Tym razem zwabił nas apetyt. Słodki Urpiner i bryndzowe pierożki ze śmietaną w samo południe smakują znakomicie. To tyle z mojej strony jeżeli chodzi o kwestie kulinarne.
W Hotelu jest tablica ze zdjęciami okolicznych niedźwiedzi, których w Polanie nie brakuje. Co ciekawe mają one swoje imiona. I tak w okolicznych lasach buszują Matej, Jozko, a nawet Harlequin...





Na parking wróciliśmy przez Skałę Melicha i łąki Vrchdetvy. Wszędzie widzieliśmy opady, ale nas nie dopadły. Wracaliśmy do Hrinovej przez Detvę po brakujące zapasy m.in. złocistego płynu. Po drodze wszystkie sklepy i markety były zamknięte (drugi dzień świąt) i już myślałem, że znowu będę przepłacał na szteli, a tu nagle wyłoniła się otwarta Billa. Pani na ladzie była średnio miła (czemu się nie dziwię), ale przynajmniej dowiedzieliśmy się kto jest największym dyskontowym sępem.
Po co się przyjeżdża pod Polanę? Mam przeczucie, że znalazłem odpowiedź. I na pewno wrócę, Pani Sivokova.