Tak się złożyło, że na kończące się właśnie ferie zimowe znów wybrałem się na Teneryfę (z tą samą ekipą, co we wrześniu w salzburskie ferraty). Tym razem jednak wyjazd był znacznie lepiej przygotowany. Nauczeni doświadczeniami z poprzedniego razu, wyciągnęliśmy wnioski i tym razem:
1) Wiedzieliśmy dokładnie, gdzie chcemy się udać zaraz po przylocie na wyspę – nasza osoba kontaktowa czekała na nas, odkąd dzień przed naszym przylotem sama wróciła z Polski, gdzie była na „urlopie” – jakkolwiek dziwnie to zabrzmi.
2) Wiedzieliśmy jak zabrać się za rezerwację auta i tym razem samochód czekał na nas już na lotnisku. Oszczędziło nam to sporo czasu i nerwów.
Na Teneryfie zameldowaliśmy się we wtorek, 29. Stycznia pod wieczór. Tego dnia tylko rozbiliśmy namiot, a wieczór spędziliśmy na gawędach o duszy Marynii z jedyną Polką na campingu
30.01.2013
Dzień rozruchowy zaplanowaliśmy w górach Teno, a konkretnie na trasie wąwozu, który zaczyna się w Masce, a kończy na wysokości poziomu morza, niedaleko Los Gigantes. Aby jednak nie wracać do góry tą samą drogą (nie ma możliwości zrobienia pętli), zdecydowaliśmy się na zostawienie auta w Los Gigantes, podróż do Maski taksówką, zejście wąwozem do przystani i powrót do Los Gigantes wynajętą taksówką wodną. Wybrane firmy dostarczają kompleksowe usługi, które wiozą najpierw taksówką do Maski, a potem zabierają z powrotem do Los Gigantes. Koszt takiej zabawy to 10e za każdą osobę zabieraną na łódkę w drogę powrotną plus stała opłata 23 euro za taksówkę wiozącą z Los Gigantes w góry – maksymalnie taksówka może zabrać osiem osób.

Widok na Los Gigantes.
Już pierwszy dzień zapowiadał patelnię i tak faktycznie było. Na szczęście jednak szlak prowadzi wąwozem ,więc przez większą jego część szliśmy w cieniu. Największą chyba wadą tego miejsca jest jego popularność, przez co ściągają tutaj rzesze turystów, włącznie z tymi najstarszymi, ponieważ szlak nie jest wymagający kondycyjnie, ani tym bardziej technicznie. Dlatego wielokrotnie trzeba było przedzierać się przez grupki turystów z Niemiec, Francji i Bóg sam wie skąd jeszcze .

Fragment szlaku już na dnie wąwozu.
Na trasie spotkała nas jeszcze jedna dość ciekawa sytuacja. Mianowicie przy wyjściu z Maski spotkaliśmy grupę ratowników, która, jak się wydawało, udawała się na ćwiczenia. Jak się jednak potem okazało, brali oni udział w prawdziwej akcji ratowniczej. Gdy znajdowaliśmy się już wewnątrz wąwozu, słyszeliśmy śmigłowiec ratowniczy, który usiłował odnaleźć ratowników i ranną turystkę i wydostać ją z wąwozu.
Powrót łódką też dostarczył nam sporo wrażeń, ale jeszcze zanim na nią wsiedliśmy. Okazało się bowiem, że rejs, na który mieliśmy wykupiony bilet okazał się zapełniony przez inną grupę i musieliśmy czekać, aż łódka zabierze tamtych turystów i wróci po nas. Tym samym wrócilismy do Los Gigantes godzinę później niż było to zaplanowane. Widoki z łódki na ogromne klify Los Gigantes robią jednak niesamowite wrażenie i warto było poczekać tę godzinę, aby je zobaczyć. Szkoda tylko, że w ramach tej trasy powrotnej nie można było podpłynąć pod miejsca występowania delfinów, które podobno są niedaleko. Takie wycieczki też są organizowane z Los Gigantes, ale tym zajmują się inne firmy, które nie odbierają ludzi z przystani przy wyjściu z wąwozu.

Jak się okazuje, śmigła latają nie tylko nad Giewontem

Warto jeszcze odnotować, że na przystani przy wyjściu z wąwozu możliwe jest zażywanie oceanicznej kąpieli. Do wyciosanych bloków skalnych przymocowana jest drabinka, która umożliwia bezpieczne wchodzenie i wychodzenie do wody. A ta, mimo pory, bądź co bądź, zimowej, jest zaskakująco ciepła (bo, że idealnie czysta i przejrzysta to nikogo nie dziwi). Można w tym miejscu również nurkować i podziwiać miejscową faunę, która jest naprawdę bardzo bogata – jej elementy widać nawet z brzegu.

Los Gigantes widziane z łódki.
Los Gigantes -> Masca -> Los Gigantes
Czas: 20 minut podrózy taksówką w góry + 3 godziny zejścia + 10 minut rejsu łódką