Mangart (2677m)
Budzik wyrywa nas ze snu, czas wstawać. Gotowanie, jedzenie, pakowanie plecaka, batony, bułki, cukierki. Cholera, nie ma nigdzie moich rękawiczek feratowych, musiałem je zgubić susząc wczoraj przy namiocie

Ech.. Idziemy.


Schronisko Zacchi

Vevnica, Picco Mangart, Mangart

Okazuje się, że stara mapa Tabacco nijak się ma do rzeczywistości i zaczynamy kombinować, jak tu dostać się do feraty. Podejście zaczyna być dość trudne, najpierw nieprzyjemne piargowisko, później podejście po płytach z naniesioną ziemią i nieprzyjemną kosówką. W pewnym momencie tracę oparcie w nogach i zawisam na jednej ręce przebierając nogami na śliskiej płycie.. Jakimś cudem udaje mi się coś złapać i wydostać z potrzasku.


Na końcu kotła łata śniegu z 3-4 metrową szczeliną brzeżną skutecznie blokuje dojście do feraty.







Wg opisu na feracie jest jedno dość trudne miejsce, to tu.



Po pokonaniu ścianki z feratą wychodzimy do rozszerzającego się kotła. Znaki na skałach dziwnie bledną, ścieżka dość nieprzyjemnie jest pokryta kamieniami, ale wg mapy idziemy ok.
Im wyżej tym trudniej zorientować się jak przebiega szlak, idziemy ‘jak puszcza’.


Dopiero przed granią pojawiają się liny feraty. Okazuje się, że szliśmy starym przebiegiem trasy, nowy odbije poniżej w lewo i trawersuje zygzakami około 100-200m od naszej trasy.
Niestety problemy z mapą i orientacją będą nam towarzyszyć aż do końca



Biwak Tarvisio, w tle Picco Mangart na który „niechcący” weszliśmy.

Jałowiec
Czas szybko ucieka i już jesteśmy dość mocno spóźnieni, ale wydawało się, że wszystko najgorsze już za nami. Teraz trasa powinna trawersować Picco Mangart i łagodnie dochodzić do Mangartu.

Po chwili widzimy feratę poprowadzoną na dół. Niestety nie ma wokół żadnych napisów i po chwili widzimy znaki powyżej tego miejsca, idziemy więc za nimi wyżej. Powyżej miało być odbicie w lewo, niestety nie ma.. Idziemy wyżej, teren staje dęba. Zdajemy sobie sprawę, że powrót będzie bardzo trudny o ile niemożliwy.

Już blisko szczytu pojawia się lina feraty która w skrajnych trudnościach wyprowadza nas na szczyt.
Teraz już tylko granią na Mangart





O godz 20-tej docieramy na Mangart. Słońce właśnie zachodzi.. ale nie przejmujemy się tym, przecież o feracie Słovenia Zombi napisał, że nie jest warta uwagi,
tylko, że nie w nocy i w śniegu





Na szczycie gubimy orientacje i krążymy wokół, aby znaleźć ferate prowadzącą zachodnią stroną.
Po dłuższej chwili trafiamy na linę prowadzącą do zaśnieżonego żlebu. Idzie się nieprzyjemnie, gdzieniegdzie pod świeżym śniegiem jest lód i trzeba bardzo uważać. Po chwili zapada zmrok i co kilka metrów trzeba szukać ścieżki lawirującej w żlebie. Czasem tylko sypiący się piarg spod nóg świadczył o wyborze złej trasy. Do tego jeszcze moja szwankująca czołówka i problemy z nowymi rakami dopełniało grozy sytuacji. Późno w nocy udaje nam się jednak szczęśliwie zejść z góry.
Udaliśmy się do schroniska Koca pod Mangartskem Sedlu gdzie obudzony w środku nocy chaciar jakoś nie był zdziwiony naszym przyjściem i zachowywał się jakby takie sytuacje zdarzały mu się co noc


Rano wracając na włoską stronę mogliśmy się przyjrzeć dokładnie naszej „nocnej górze”.

Przy biwaku Nogara robimy krótką przerwę i spoglądamy na walczących z płatami śniegu na feracie Italiana

Anka karmi stado chipsami paprykowymi. Najwięcej zjada „dowodzący” baran, który po chwili znika poniżej szukając źródła. Idąc dalej widzimy go leżącego na boku i beczącego żałośnie...
Cześć jego pamięci!

Spoglądamy na cel jutrzejszego dnia: Ponza Grande zakończona krótką feratą


Spoglądamy często za siebie przyglądając się wczorajszej trasie
Ponza Grande (2168m)

Pierwsza część trasy znamy już dobrze, czyli przejście z parkingu do schr. Zacchi.
Ferata zaczyna się nieoczekiwanie grubymi-stalowymi linami do których nie ma się jak wpiąć, ale po kilku metrach jest już normalna stalówka. Podejście jest jednym z bardziej morderczych jakie kiedykolwiek szedłem.
Do tego ciągłe przedzieranie się przez roślinność dodatkowo utrudnia wspinaczkę.


Idąc za spotkanym Słoweńcem wychodzę nie na Grande, ale na Ponza di Mezzo... no trudno.
Moi towarzysze nie popełnili tego błędu i teraz robimy sobie zdjęcia z dwóch szczytów.


Mangart z Ponzy

Zejście z Ponzy Grande




Chwila na browara przy schr. Zacchi kończy już naszą wiosenną wyprawę w Julijskie.
Dziękuję AK i TM za super wyprawę i oby takich więcej
