Forum portalu turystyka-gorska.pl

Wszystko o górach
portal górski
Regulamin forum


Teraz jest Cz paź 06, 2022 9:30 pm

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 17 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Cz lip 07, 2022 8:31 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Część I - to już nie jest kraj biednych ludzi

W Albanii byliśmy w 2013 roku. Piękny kraj, pełen kontrastów. Gdyby go scharakteryzować jednym słowem, byłoby to słowo: śmieci. Śmieci były wszędzie w dużych ilościach. Nowy bogaty hotel wywalał śmieci bezpośrednio za ogrodzeniem. Sprzątający kawałek płatnej plaży przewalał śmieci na drugą stronę deptaka. Główne drogi pomiędzy dużymi miastami wewnątrz kraju bywały asfaltowo-szutrowe. Jednym słowem syf był wszędzie. Zwiedziliśmy wtedy cały kraj, najgorzej było na północy, najlepiej na południu przy granicy z Grecją. Pod względem gór i wybrzeża najładniej było w okolicach Dhërmi i tam właśnie postanowiliśmy teraz wrócić na pobyt w jednym miejscu.

9 lat temu Dhërmi było dziurą z pustą szeroką plażą, jednym straganem z owocami i paroma marnymi knajpami. Dlatego to co zobaczyliśmy teraz zaskoczyło nas ogromnie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Łoża plażowe przyciągają wzrok, ale proszę spojrzeć na góry w tle. Dwie najwyższe mają ponad 2000 metrów. Tą z lewej zdobyliśmy 9 lat temu. Dla tej po prawej przyjechaliśmy teraz. To było moje marzenie.

Obrazek

Ten beach bar szczególnie nam się spodobał.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wieczorami wszystko robiło jeszcze większe wrażenie.
9 lat temu nie było tego deptaka w ogóle.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Więc Ukochana była zadowolona ze standardów :)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeżeli ktoś lubi puste miejsca, też były lekko z boku.

Obrazek

Zabawa z falami ;)

Obrazek

Obrazek

Albania to podobno muzułmański kraj, ale widzieliśmy dosłownie tylko jedną kobietę w muzułmańskim stroju kąpielowym. Nie zrobiłem jej zdjęcia, ale zrobiłem kilka innych ;)

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na koniec słowo o cenach. 9 lat temu były niskie, teraz są wyższe...
Nocleg 30 euro za apartament (sypialnia, kuchnia, łazienka, weranda, klimatyzacja). Piwo na plaży, kieliszek wina, lodzik: 20 zł. Drinki w nocnych barach 50 zł. A taki mięsny obiad dla 2 osób 150 zł. Jest tam 12 kawałków mięsa, różnych i różnie zrobionych. To nasze ulubione danie na wakacyjnych wyjazdach na Bałkany. Albański Mix Grill był najlepszy jaki kiedykolwiek jedliśmy.

Obrazek

To tyle tytułem wstępu :)

C.D.N.

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt lip 08, 2022 7:45 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Część II - przyjechaliśmy tu dla gór!

No właśnie... nie nadmorskie luksusy, ale góry przyciągały mnie w te strony. Na początek rozgrzewka. Podjeżdżamy autem na Przełęcz Llogara. Wyjeżdża się tu długimi stromymi serpentynami, na 1000 metrów jednym podjazdem. Następnie ruszamy na niższy grzbiet, pierwszym celem jest góra z nadajnikami.

Obrazek

Prowadzi na nią szeroka droga. 350 metrów podejścia.

Obrazek

Wita nas albański baranek, który potem sprytnie uciekał przed goniącym go człowiekiem. Widać baranek wybrał wolność ;)

Obrazek

Mijamy niezamieszkałą "bacówkę". Ciężko wyobrazić sobie, że mógł tu ktoś mieszkać.

Obrazek

Następnie idziemy w kierunku nieco wyższej góry Maja Gjipajit (1446). Tu już nie ma ścieżek, przemieszczamy się po prostu po trawie.

Obrazek

Do tego miejsca doszliśmy 9 lat temu.
Widok wstecz na przebytą drogę oraz na wyższy grzbiet po drugiej stronie przełęczy.

Obrazek

Tym razem mamy plan iść dalej. Na widoczny na ostatnim planie najwyższy szczyt tej części grzbietu Maja Shëndëllis (1500). Różnica wysokości nie duża, ale wiadomo jak to jest na grzbiecie - góra, dół, góra, dół.

Obrazek

Ciekawa perspektywa. To niebieskie w dole to morze, a nie niebo.

Obrazek

Przed nami dość głęboka przełęcz.

Obrazek

Napotykamy zamieszkałą "bacówkę". Pilnuje jej młody szczeniak, który nie wie czy ma nas obszczekiwać, czy się przymilać, robi jedno i drugie na zmianę. Po chwili pojawiają się duże psy i muszę użyć mojego autorytetu, aby trzymały się z daleka.

Obrazek

Ciut wyżej wypatrzyliśmy i samego Bacę, jak wraca do domu na mule.

Obrazek

Przed nami kawał podejścia. Upał już doskwiera, łagodzi go dość mocny wiatr.

Obrazek

Podejście wydaje się nie mieć końca, a nachylenie stoku wciąż narasta. Na tym zdjęciu w ogóle tego nie czuć.

Obrazek

Tutaj widać to dokładnie.

Obrazek

Widok w dół w stronę morza.

Obrazek

Zdobywamy pierwszą górkę, do celu jeszcze dwie, ale wydają się niewielkie.

Obrazek

Widoki na bok.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Idziemy i idziemy, a cel jakby się nie przybliżał.

Obrazek

To zdjęcie zrobione w górę, czy w dół? Widać niebo czy morze?

Obrazek

Odp: w górę.
Ukochana dołącza do Tobiego. Jak widać humory dopisują.

Obrazek

Zdobywamy nasz cel po 6 godzinach wędrówki. Widok wstecz.

Obrazek

Dalsza część grzbietu prezentuje się ciekawie, ale już tam nie idziemy.

Obrazek

Wracamy nieco inaczej, omijając wierzchołki. Nawigacyjnie czuję się tutaj pewnie, grzbiet jest prosty.

Obrazek

Na trawersach mniej wieje, upał doskwiera. Ukochana jest ubrana ze względu na ochronę przed słońcem i ostrą roślinnością.

Obrazek

Bardzo ciekawa korona drzewa przed nami.

Obrazek

Jesteśmy już na górze z nadajnikami. Patrzymy na wyższy grzbiet. Na górze z lewej byliśmy (Maja Qorres 2018). Na górze z prawej (Maja Çikës 2044) - nie. Wygląda, że przejście pomiędzy nimi jest proste. Ot kawałek płaskim grzbietem. Jednak 9 lat temu z bliska nie wyglądało to tak łatwo. Czy uda się w tym roku? Na pewno! :)

Obrazek

Patrzę na ten szczyt łapczywie. Naprawdę przyjechałem tu dla tej jednej góry.

Obrazek

Ale póki co schodzimy do auta.
Widok na drogę, którą przyjechaliśmy na przełęcz.

Obrazek

Wycieczka na rozgrzewkę trwała 10 godzin i zakończyła się pełnym sukcesem. Upał umiarkowany. Trudności również. A góry przepiękne! :D
Udany początek :)

C.D.N.

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt lip 12, 2022 12:48 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz cze 18, 2009 11:04 am
Posty: 10310
Lokalizacja: miasto100mostów
Super, jestem właśnie po urlopie i tego mi trzeba w pracy.

_________________
'Tatusiu, zostań w samochodzie, a my zobaczymy gdzie zaczyna się nasz szlak.'


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt lip 12, 2022 2:26 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Część III - przerywnik architektoniczny

Na tym urlopie nie było typowego zwiedzania, ale jeden dzień wykorzystaliśmy na obejrzenie pobliskiej okolicy. Nadmorska część Dhërmi jest nowa i luksusowa, natomiast miasteczko właściwe jest zupełnie inne, ale też ma swój urok. Jest położone nieco wyżej, na stromych zboczach doliny.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Odwiedziliśmy Himarë, gdzie znajduje się kawałek starego historycznego miasta. Częściowo jest to ruina, częściowo budynki są zamieszkałe.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tak jak wspominał Pudel - ta część Albanii jest prawosławna.
Niektóre cerkwie są naprawdę bardzo stare.

Obrazek

Obrazek

Jeszcze coś dla miłośników roślinności.
To robi wrażenie wyglądem.

Obrazek

Obrazek

A to zapachem - oregano, całe łany ;)

Obrazek

Na koniec najbardziej charakterystyczna albańska budowla - bunkier z czasów komunizmu.
Bunkry są wszędzie, dosłownie wszędzie. Małe, jednoosobowe - jakaś chora doktryna obrony państwa z czasów zimnej wojny.
Powoli są likwidowane, ale wciąż można spotkać je na każdym kroku. Wiele jest pomalowanych na wesołe kolory. Ot taka ciekawostka.

Obrazek

C.D.N.

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt lip 12, 2022 2:27 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Część IV - Maja Çikës... to tylko 6 km

Nadszedł kulminacyjny moment wyjazdu. Podjeżdżamy na Przełęcz Llogara, stajemy pod nowym szlakowskazem, który optymistycznie twierdzi, że to tylko 6 km. Idziemy na nasz główny cel. Ukochana bardzo skoncentrowana i poważna, ja również, choć w zasadzie głównie czuję radość. Nie wyobrażam sobie, że mogłoby się nie udać.
Jest 7 rano, w plecaku spory zapas płynów, ale ciepłe ciuchy również, bo ostatnio ubieraliśmy na szczycie nawet kurtki. Jak będzie w górze to zagadka, na razie każdy dzień jest coraz cieplejszy, ale 2000 metrów + wiatr na pewno robią swoje.

Obrazek

Ruszamy. Szlak w dolnej części zaraz się gubi, ale pamiętam to z ostatniego wyjścia. Trzeba po prostu iść w górę. Wyżej ścieżki schodzą się w jedną, która prowadzi zygzakami szybko nabierając wysokości.

Obrazek

Pierwsza górka zdobyta, jest tu nawet tablica informacyjna Parku Narodowego. Po drodze sporo szlakowskazów odliczających metry do celu - dawniej tego nie było. Metry ubywają bardzo wolno, czasem wydaje się, że idzie się z 15 minut, a tu zaledwie 200 metrów mniej.

Obrazek

Widok na grzbiet z rozgrzewkowej wycieczki.

Obrazek

Widok na Cikę. Troszkę groźniejszy niż z daleka. Szczególnie końcówka zastanawia, czy nie będzie trudności technicznych?

Obrazek

Ruszamy ostro pod górę na Maja Qorres. Stromo, ale ładnie.

Obrazek

Tobiemu podoba się dużo bardziej niż nad morzem.

Obrazek

9 lat temu te umarłe drzewa wyglądały tak samo. Są twarde jak kamień. Widać na nich ślady dawnego pożaru.

Obrazek

Stromizna ogromna. Za pierwszym razem właśnie tędy atakowaliśmy wprost na szczyt Maja Qorres. Tym razem trzymamy się szlaku, który obchodzi go bokiem.

Obrazek

Niespodzianka, ktoś na środku szlaku zaparkował muła.

Obrazek

Obejść go wcale nie jest tak łatwo, bo stok bardzo stromy.
Widok w dół, widać morze i malutki grzbiet z nadajnikami. Jesteśmy już bardzo wysoko.

Obrazek

Nasz cel przed nami.

Obrazek

Ruszamy grzbietem. Szlak jest wyraźny, trawersuje pomniejsze szczyty.

Obrazek

Momentami ścieżka jest bardzo przyjemna.
Nieprzyjemne są niestety temperatury. Mocno grzeje i słabo wieje. Odpoczywamy często.

Obrazek

Zbliża się atak szczytowy. Z bliska nie wygląda to źle.

Obrazek

Jednak trzeba uważać. Ścieżki się rozmywają i jak się wybierze zły wariant, to moment i człowiek znajduje się w trudnym miejscu. A jest bardzo krucho. Do tego coraz cieplej. Trzeba się pilnować, żeby myśleć, a nie działać spontanicznie.

Obrazek

Cel coraz bliżej. Jest coraz bardziej kamieniście.

Obrazek

Niespodzianka - doganiają nas ludzie.
Dwóch młodych chłopaczków z Belgii. Zasuwają aż miło. Z tym pierwszym zamieniam parę słów. Drugi idzie z tyłu jakby na autopilocie, Ukochana twierdzi, że wygląda jakby miał zaraz paść. Chłopaki nie mają nic ze sobą, żadnej wody, ubrań. Nagie blade torsy nasmarowane są obficie filtrem UV. Wyprzedzają nas tuż przed szczytem. Czyżby potraktowali dosłownie szlakowskaz 6 km i stwierdzili, że pykną trasę w godzinkę? Zastanawiam się, czy zaproponować im łyka wody, ale Ukochana uważa, że powinni ponieść odpowiedzialność własnych decyzji. Dochodzimy do porozumienia, że jak poproszą o wodę to im damy, ale sami nie będziemy proponować. Zresztą być może coś mają, tylko zostawili sobie po drodze. My zostawiliśmy 1,5 l. picia w cieniu pod drzewem, żeby nie nosić ze sobą.

Obrazek

Chłopaki o dziwo nie dochodzą do głównego szczytu. Poprzestają ciut niższym wierzchołku bez flagi. Robią po fotce i wracają pospiesznie. Wyglądają na mocno wyczerpanych. Główny wierzchołek jest kilka minut dalej. Czyli nawet nie mają zaliczonego wyjścia na szczyt - dramat ;)

Obrazek

Zdobywamy go po 6,5 godz. czyli wychodzi, że każdy kilometr szliśmy dłużej niż godzinę.

Obrazek

Jest radość :)
p.s. Na głowie mam chustę Ukochanej, bo zapomniałem mojej czapeczki przeciwsłonecznej.

Obrazek

Widok z góry na Dhërmi.

Obrazek

Widok na dalszą część grzbietu. Ciekawie to wygląda, grzbiet jest niebanalny.

Obrazek

Przepaścisty.

Obrazek

No nic, pora wracać. Ostrożnie i powoli, bo kruszyzna.

Obrazek

Niżej jest pięknie... i bardzo gorąco.

Obrazek

Wiatr ustał, temperatura przekroczyła znacząco naszą strefę komfortu. Oszczędzamy picie, zastanawiamy się jak poradzili sobie Belgowie.

Obrazek

Widok wstecz na naszą zdobycz - satysfakcjonujący. Wyższy wierzchołek z flagą to ten po lewej. Na zdjęciu wydaje się niższy, ale to złudzenie, bo jest po prostu trochę dalej.

Obrazek

Miałem jeszcze plan, żeby Ukochana odpoczęła w cieniu, a ja z Tobim skoczylibyśmy na Maja Qorres (bo Tobi nie był). Ukochana zaskakuje mnie i nie chce odpoczywać, tylko zdobywać góry. Potem się przyznała, że chciała mi zaimponować.

Obrazek

W ten oto sposób znowu wychodzimy na ponad 2000 metrów.

Obrazek

Wierzchołek Maja Qorres, a na nim kolejna parkowa tablica.
Ciekawostką jest, że wszystkie tablice są identyczne ;)

Obrazek

Pora schodzić.
Strefa martwych drzew podoba mi się najbardziej.

Obrazek

Obrazek

Czyż nie robią wrażenia?

Obrazek

Obrazek

Wraz ze spadkiem wysokości temperatura wciąż rośnie, mimo późnej pory. Kończy się picie. Ukochana reglamentuje. Ona jest zwolennikiem zostawiania na czarną godzinę, ja jestem zwolennikiem picia, jak się czuje duże pragnienie.

Obrazek

Jesteśmy na poziomie nadajników. Niby już blisko, a wciąż daleko.

Obrazek

Ależ ta droga pokręcona. Już zaraz będziemy nią zjeżdżać i świętować pełen sukces! :)

Obrazek

Zgodnie z moimi przewidywaniami Maja Çikës (czyli Cika) zdobyta bez większego problemu. Zajęło nam to 12 godzin. Sporo, ale nie spieszyliśmy się.

Jeszcze na miejscu byłem pewny, ze te 6 km to odległość w linii prostej. Jednak w domu zmierzyłem, że w linii prostej to zaledwie 3,4 km. Mierząc po szlaku faktycznie wychodzi tylko 6 km. No nic, widocznie w tych górach trzeba liczyć 1 km na godzinę i tyle. Podawanie czasu w godzinach na szlakowskazach jest chyba jednak lepsze.

C.D.N.

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lip 14, 2022 8:35 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Część V - kanion i plaża Gjipe

Jeszcze w domu wypatrzyłem pobliską atrakcję - Gjipe. Jest to kanion zakończony plażą. Za wiele zdjęć nie oglądałem, żeby sobie nie psuć pierwszego wrażenia. Teoretycznie można się tam było dostać na nogach z naszej kwatery. Nie mogliśmy jednak zlokalizować ścieżki na końcu plaży idącej wzdłuż wybrzeża. Jednego dnia zobaczyliśmy parę Francuzów wychodzących z krzaków. Zagadałem i okazało się, że tak, przyszli z Gjipe, ale nie polecali tej drogi. Mieli zakrwawione nogi i bardzo kiepskie humory. Ale wiadomo - Francuzi są delikatni, nie to co my twardzi Polacy. Innego dnia spotkaliśmy na deptaku właścicielkę naszych kwater. Powiedziała, że jest ścieżka, nawet wskazała miejsce, w którym najlepiej na nią wejść. Sprawa została przesądzona - idziemy :)

Wychodzimy o 7:00 rano, aby uniknąć upałów, które z każdym dniem są coraz większe. Stajemy przed ścieżką. Ukochana mówi, że mam iść przodem i obadać teren. Wygląda to tylko jak podejście do bunkra, ale faktycznie jest tam ścieżka w głąb lądu.

Obrazek

Gdyby nie ścieżka, tymi krzakami nie dałoby się przejść nawet 10 metrów. To jest prawdziwy chaszczing, a nie to co u nas. Każda roślina ma kolce i jest twarda.

Obrazek

Początkowo idziemy w cieniu i jest bardzo gorąco. Kiedy wychodzimy do słońca doświadczamy znanego z poprzednich wyjazdów upału nie do wytrzymania, a jest ledwie po 8 rano, więc będzie tylko gorzej. Obawiam się, że Ukochana zarządzi odwrót, ale nie, idziemy twardo. To mi się podoba :)

Obrazek

Nabieramy wysokości. Widok na Dhërmi. Na horyzoncie Przełęcz Llogara z serpentyniastą drogą oraz na lewo od niej pierwszy szczyt grzbietu z nadajnikami.

Obrazek

Potem jest szczyt wzgórza z klasztorem i docieramy do cywilizacji, czyli do parkingu na który podjeżdżają ludzie chcący odwiedzić plażę Gjipe. Zdjęcie wykonane jak idziemy wzdłuż klasztornych murów.

Obrazek

Jesteśmy mokrusieńcy od potu. Decydujemy nie schodzić na plażę, tylko najpierw obejrzeć kanion z góry w czasie kiedy jeszcze upał nie jest maksymalny. Szkoda też zdobytej już wysokości.

Obrazek

Wielkość kanionu robi piorunujące wrażenie.

Obrazek

Obrazek

Idziemy szlakiem wzdłuż kanionu podziwiając go z kolejnych punktów widokowych.

Obrazek

Rzeka nim płynąca jest teraz wyschnięta.

Obrazek

W końcu widzimy jego koniec i zatoczkę z plażą.

Obrazek

Nie wygląda tak dziko jak się spodziewałem.

Obrazek

Schodzimy na dół. Dochodzi 11:00 i upał wciąż się nasila. Dojście z podziwianiem kanionu zajęło prawie 4 godziny. Ukochana doznała przegrzania i się rozregulowała. Najpierw padła na kamienie w chłodnym zacienionym miejscu twierdząc, że jest wciąż za gorąco. Potem weszła do wody i zaczęła trząść się z zimna, choć woda była zwyczajnie lekko przyjemnie chłodna. Potrzebowała dłuższej chwili na odzyskanie równowagi.

Obrazek

Ja w tym czasie rzuciłem okiem na plażę. Początek kanionu robi wrażenie.

Obrazek

Są tu nawet knajpy, gdzie można coś zjeść.

Obrazek

Chodzą zwierzaki.

Obrazek

Robimy sobie długą przerwę wypoczynkową, a jak słońce zaczyna centralnie świecić do kanionu, postanawiamy go obejrzeć od dołu.

Obrazek

Początkowo szeroki, potem zwęża się, a ściany rosną do nieba.

Obrazek

I co najważniejsze temperatury akceptowalne, więc można się delektować.

Obrazek

A jest czym. Niesamowite miejsce!

Obrazek

Im dalej tym trudniej się idzie.

Obrazek

Docieramy do miejsca, gdzie trzeba podciągać się na linie. Próbuję bez plecaka i aparatu, ale ściany są wilgotne i śliskie. Zrobiłem dwa kroki i odpuściłem. Może bym i jakoś wyszedł, ale perspektywa zejścia nieciekawa, a wyrżnąć o kamienie żadna przyjemność.

Obrazek

Wracamy na plażę. Pływam sobie wzdłuż skał eksplorując schowane w nich jaskinie. Dalej za zakrętem są miejsca, gdzie można wyjść na górę i skoczyć. Fajnie się leci z paru metrów. Im wyżej, tym trudniej jakoś się przełamać. Długo walczę ze sobą, żeby w końcu odważyć się skoczyć z najwyższej. Dobrze, że Ukochana tego nie widzi ;)

Obrazek

Tobi pływa i wspina się po skałkach razem ze mną wzbudzając ogólny podziw, ale on jest rozsądny i nie skacze z wysokości.

Obrazek

Kiedy robi się chłodniej opuszczamy plażę bardzo zadowoleni wycieczki.

Obrazek

Na powrocie mamy nagrzane zbocze i ostre krzaczki, znowu jest za gorąco, ale spodziewaliśmy się.

Obrazek

O zachodzie wychodzimy na koniec deptaka w Dhërmi gdzie trwa budowa nowych beach barów.

Obrazek

Wycieczka do Gjipe okazała się całodniową wyrypką, ale z wielkimi atrakcjami. Warto było :)

C.D.N.

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lip 14, 2022 8:37 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Część VI - rozważania społeczno-polityczno-gospodarcze

Wpisałem w necie "stereotypy o Albanii", znalazłem taki zestaw:
- naród pastuchów
- albańska mafia
- handlarze żywym towarem
- źle traktują kobiety
- tam w ogóle nie ma dróg
- wszyscy latają z kałasznikowami i polują na cudzoziemców
- z Albanii wraca się "w samych slipkach", gdyż po kilku godzinach jest się okradzionym ze wszystkiego
- nie ma sklepów, a nawet jeżeli jakieś są to nie ma w nich nic
- Albania to kraj muzułmański
- tam nie ma czego zwiedzać, więc po co w ogóle jechać
- w całym kraju panuje głód i ogólna nędza

Powyższe stwierdzenia są jednoznacznie negatywne, pochodzą z tematu na forum gazeta.pl z 2005 roku. Na pewno współczesny obraz Albanii jest lepszy, ale koledzy w pracy pytali mnie "czy jest bezpiecznie". Otóż tak, moim zdaniem jest bezpiecznie. Jest bardzo bezpiecznie. Nigdzie nie czułem się tak bezpiecznie jak w okolicy gdzie przebywaliśmy teraz. Nigdzie nie spotkałem tak miłych ludzi, zarówno miejscowych, jak i innych turystów.

A na czym opieram moje poczucie bezpieczeństwa?
- przez cały okres wyjazdu nie widzieliśmy ani jednej burdy, kłótni, ani jednego pijanego człowieka
- pod sklepem spożywczym leżą palety piwa, wody, soków, całą noc, nawet jak sklep jest nieczynny, to samo ze straganami z owocami i akcesoriami plażowymi - o 5 rano jest to wszystko wyłożone i nikt tego nie pilnuje
- plażą nie chodzą żadni podejrzani handlarze ręczników o ciemnej karnacji, ludzie zostawiają wszystkie bety i znikają na godzinę, nie martwią się, że ktoś im to zwinie
- na drogach widać policję, na deptaku też codziennie spotykaliśmy patrole piesze, nie widzieliśmy żadnej interwencji, Tobi nikomu nie przeszkadzał

Parę razy poczułem się nawet dziwnie. W Himarze chciałem kupić bilety wstępu, podchodzę do budki, drzwi otwarte na oścież, nikogo nie ma, w środku w okienku otwarta kasetka z pieniędzmi na wierzchu, wystarczy sięgnąć ręką. Pukam, wołam "halo". Wycofałem się niepewnie myśląc, że jak coś zginie, będzie na mnie. W naszym hotelu mieliśmy pokój na parterze, nasza weranda była tuż obok werandy recepcji. Siedział tam cały dzień właściciel przy biurku, w szufladzie miał pieniądze. Ludzie przychodzili, dawali mu kasę, on wkładał do szuflady. Czasem tej szuflady nawet nie domykał. Nasz stoliczek był 3 metry obok, żadnej barierki oddzielającej. Wiadomo, gościu czasem znikał. Patrząc na tą otwartą szufladę znowu czułem dyskomfort, że jak coś zniknie, to będzie na nas. Monitoringu tam, raczej nie było.

Mógłbym powiedzieć, że ludzie są mili, ale co to w praktyce oznacza? Często widząc mnie z aparatem zagadywali. Takie typowe: jak się masz, skąd jesteś, zrób mi zdjęcie i wyślij mailem". Ukochana miała teorię, ze to są faceci geje i mnie podrywają. No cóż. Moim zdaniem nie o to chodziło. Kolesie z pierwszego zdjęcia to podobno bracia.

Obrazek

A tu obsługa lokalu. Tak po prostu zagadali.

Obrazek

Takich sytuacji było więcej. Jeden koleś właściciel lokalu nawet wypił ze mną kielona w zamian za obietnicę, że mu kilka zdjęć wyśle mailem (wysłałem).
W ogóle personel wszelkich miejsc był bardzo miły. Nie było w ogóle czuć zmęczenia turystami, wręcz przeciwnie, do każdej knajpy wchodziło się z poczuciem, że jest się naprawdę mile widzianym. Nigdzie indziej nie czuliśmy czegoś takiego.

A teraz trochę zmiana tematu. Zacznę od cytryn.

Obrazek

To drzewo rosło sobie na jakimś nieużytku. Cytryny spadały na ziemię i gniły, można było parę pozbierać co uczyniliśmy. Skórka niesamowicie pachniała, nie to co cytryny u nas w sklepie.

Obrazek

W sumie widok jabłoni, pod którą gniją setki jabłek w Polsce nie jest niczym dziwnym. Jednak ja pamiętam jeszcze czasy, kiedy cytryna i pomarańcz to były w Polsce luksusy dostępne tylko na święta. Pamiętam kiedy byłem w podstawówce w latach 80-tych, nie można było kupić cytrusów normalnie w sklepach. Były dostępne w Pewexie, w pudełkach 3 kg, za 3.60$ po uprzednim zamówieniu. A dobra pensja wtedy w Polsce to było 10$ w przeliczeniu po kursie czarnorynkowym (bo dolarów kupić oficjalnie też nie można było). Niesamowite historie, nie? Ale to nie koniec. Na wakacje do Albanii wzięliśmy ze sobą 65$ w starych banknotach. To taki spadek po teściu, kupione w latach 80-tych za półroczną wypłatę górnika, na czarną godzinę. Nie zostały nigdy użyte, przetrwały 40 lat. Teoretycznie stare dolary wciąż są ważne, ale w Polsce nie chcieli ich ani w banku, ani w kantorze. Zaproponowałem, żeby zabrać je do Albanii, może tam je wymienimy i ku zaskoczeniu wymienili. Za półroczną wypłatę górnika z lat 80-tych zatankowaliśmy sobie pół baku paliwa we współczesnym świecie. Jak sobie to człowiek wyobrazi, to mózg się lasuje. Gdzie była wtedy Polska, a gdzie jest teraz.

Czy jest możliwe, że takie stare czasy mogą jeszcze powrócić?
Chciałoby się powiedzieć - niemożliwe. A jednak chyba nie do końca. Żyjemy w kraju, w którym wraca socjalizm. Państwowy koncern naftowy kupuje gazety, żeby nie było w nich "niemieckiej" propagandy. Planuje się wielkie urojone narodowe inwestycje (CPK, Ostrołęka, Izera). Jeszcze mały kroczek i będzie jak na Węgrzech, gdzie rząd dbając o obywateli zrobił dla nich cenę benzyny o połowę niższą niż dla obcokrajowców. Takie posuniecie to jest prawdziwy powrót do gospodarki socjalistycznej, której skutki pamiętam z wczesnej młodości. Każdy kto jeździ regularnie przez Węgry widzi w jakim kierunku idzie ten kraj. Kiedyś było tam wyraźnie lepiej niż u nas, teraz jest tam wszędzie widoczna bieda, brak jakiegokolwiek postępu, a to co jest niszczeje.

No nic. To takie przemyślenia na koniec. Niekoniecznie optymistyczne. Pewnie i tak nikt tego nie przeczyta ;)

A w nagrodę za zdobycie Ciki w drodze powrotnej kupiliśmy sobie na Słowacji 2 nowe smaki Tatra Tea.

Obrazek

Dla Ukochanej kokosowa 22% - okazała się bardzo smaczna.
A dla mnie 72% - jest naprawdę mocna :)

Dziękuje za uwagę :)

THE END

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lip 14, 2022 8:38 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
BONUS
CZĘŚĆ VII - Cika z dołu (próba zodbycia)


Jeżeli ktoś uważa, że na wyjeździe się leniłem i nie było wyzwań, to jest w błędzie ;)
Na górę powinno się wychodzić z dołu i taki też miałem plan na koniec, żeby ostatecznie się z Ciką rozprawić i pokazać jej kto tu rządzi. Jeszcze w domu sprawdziłem sobie na mapy.cz, że z miejscowości Ilias jest ścieżka na górę do szlaku grzbietowego. Gdyby się udało można było w ten sposób zaatakować górę od tylca. Chytry plan :)

Teoretycznie mógłbym nawet wyjść na nogach z kwatery, bo Ilias leży nad kanionem Gjipe, ale uznałem, ze to byłaby przesada i podjechałem autem. Rozpocząłem o 5:00 rano mając w plecaku 6 litrów picia, bo upały wciąż narastały, a to był przedostatni dzień urlopu. Termometr w aucie pokazywał 28 stopni. Zaparkowałem przy kamieniołomach i udałem się drogą w głąb gór. Co ciekawe na drzewie zobaczyłem oznaczenie szlaku. Było to przedłużenie szlaku idącego wzdłuż kanionu. A więc jest nawet oficjalny szlak na górę. Nie myślałem, że będzie tak łatwo.

Obrazek

Droga prowadziła do klasztoru, szlak miał odbijać ścieżką zaraz na jego wysokości. Do klasztoru doszedłem, zobaczyłem nawet ścieżkę odbijającą w krzaki, ale była tak zarośnięta, że uznałem, że to nie może być to. Poprzyglądałem się dokładnie, nie było żadnych oznaczeń. Postanowiłem podejść trochę dalej licząc, że tam jeszcze coś będzie. Nie było nic. Postanowiłem się wrócić i wejść w tą marną ścieżkę. Kiedy do niej dochodziłem pojawił się człowiek idący z dołu i skręciliśmy w ścieżkę równocześnie. Nawiązałem kontakt, zapytałem czy dojdę tędy na Cikę. Koleś nie znał angielskiego, ale na migi dogadaliśmy się, że tak. Ruszył przodem szybkim tempem, a ja za nim. Ścieżka stromo pięła się w górę, nawet znalazło się oznaczenie szlaku, więc była dobra. Starałem się trzymać tempo kolesia, ale nie dawałem rady, zostawałem w tyle. Wtedy on się zatrzymywał i machał ręką, żebym szedł pokazując w górę i mówiąc "Cika, Cika". Ożesz kurde, no przecież idę. Robię co mogę. Dyszę jak lokomotywa, leje się ze mnie jak z wodospadu, wypluwam płuca, serce rozrywa mi klatę... szybciej nie mogę. Koleś idzie w górę stałym tempem bez względu na nachylenie. Na odcinkach bardziej płaskich trochę go doganiam, na stromiźnie zostaję w tyle. Na szczęście zrobił po drodze 2 postoje na papieroska. Patrze na niego - oddech spokojny, koszula sucha, lekko wilgotne czoło - ROBOCOP kuźwa? Na postojach coś do mnie mówi, ale nie idzie się dogadać. Zrozumiałem jedynie, że ma w górach zwierzęta, a więc - Baca.

Obrazek

Wychodzimy na boczny grzbiet. Spotykamy słońce. Temperatura momentalnie rośnie o 10 stopni. Dla mnie to koniec. Postanawiam odpuścić, nie utrzymam jego tempa. Zresztą nie ma po co, jest ścieżka, dam sobie radę.

Obrazek

Robię zdjęcia, łapię oddech. Jest pięknie. Widok z góry na kanion.

Obrazek

Okazało się, że mój Baca zaczął zbierać jakieś zioło. Wyciągnął wór, sierp i tnie ile wlezie. Dzięki temu nasze tempa wyrównały się. Ja łapałem oddech i robiłem zdjęcia, on sobie wypełniał wór z ziołem. Wciąż szliśmy razem, choć w pewnym momencie miałem ochotę odbić na trawiasty grzbiet, który wydawał się dobry, ale jednak zdecydowałem się trzymać Bacy.

Obrazek

Nabieraliśmy wysokości.

Obrazek

Pajączek...
Kiedy Baca był w przodzie, machał ręką i wielka pajęczyna rozpięta na ścieżce zwijała się z pająkiem na bok odsłaniając całe przejście. Kiedy ja byłem w przodzie, zrywałem pajęczynę gałązką, wtedy ona oblepiała całe moje ciało, a pająk lądował mi na twarzy.

Obrazek

Wydaje mi się, że w pewnych momentach Baca podziwiał widoki. A może tylko szukał owcy, która kiedyś mu tam wpadła...

Obrazek

Sekret jego siły był pewnie w butach. Nie wiem jaką miały podeszwę i jaką membranę. Jeżeli ktoś myśli, ze daję to zdjęcie dla beki, albo że nabijam się, to jest w dużym błędzie. Mam ogromny szacunek dla niego i podziwiam go. Nie dorastam mu do pięt. Zaprawdę powiadam wam: nie sprzęt się liczy w górach, tylko człowiek.

Obrazek

Ciągle w górę, już bez ścieżek - to jednak w sumie prawie 2000 m podejścia, więc nie ma się co dziwić.

Obrazek

Baca zaprowadził mnie do swojej bacówki. Najpierw gwizdem przywitał się z psami, które początkowo myślały, ze Tobi będzie na śniadanie, ale obyło się bez tego. Potem krzyknął w stronę zbocza góry i odpowiedział mu męski krzyk z daleka.

Obrazek

Na koniec krzyknął w kierunku bacówki w dolinie i odpowiedział głos kobiecy. A więc jednak te domki są używane jeszcze w czasach współczesnych.

Obrazek

Zostałem zaproszony do salonu i przyjęty z honorami. Kawy odmówiłem, bo nie piję. Pogadałem mimo braku wspólnego języka zrozumiałem, że Baca jest już dziadkiem, a na smartfonie pokazano mi całą jego rodzinę.

Obrazek

Poczęstowałem się serem. Bardzo dobry, owczo-kozi, pomyślałem, że kupię więcej na powrocie. Zaoferowano mi wodę, zgodziłem się przez grzeczność, moje zapasy zostały uzupełnione o ok. 1l. który wypiłem po drodze i znowu miałem 6l - pomyślałem, że mam za dużo, ale lepiej więcej niż mniej.

Obrazek

Powiedziałem, że ruszam dalej i wrócę na powrocie. Nie wiem czy mnie zrozumiano, ale wskazano kierunek i powiedziano "Cika, Cika". Wszystko było jasne.

Obrazek

Spojrzałem na zegarek, po raz pierwszy od początku. Dwie myśli. Jest 9:00, czyli jeszcze bardzo wcześnie, a ja już na górze - super. Druga myśl - skoro jest 9:00 to czemu upał jak w południe? Niedobrze. Ale idę powoli, mam wodę, mam zdrowie. Damy radę. Jest pięknie!

Obrazek

Duże przestrzenie. Boczne doliny, płaskowyże. Staram się rozglądać, żeby nie zgubić się na powrocie. Nie ma jednej ścieżki, jest wiele drobnych ścieżek zwierzęcych, zrobionych przez owce i kozy.

Obrazek

Mijam nieużywaną bacówkę z zagrodami i "jeziorkiem".

Obrazek

W trawie miliony wielkich 5-cm świerszczy. Każdy krok to kilkanaście skoków z pod stóp.

Obrazek

Góry rosną. Droga nie jest oczywista, ale jest prosto - byle w górę i będzie dobrze.

Obrazek

Ciekawe krajobrazy.

Obrazek

Obrazek

W końcu widzę ją - Cikę. Jest jeszcze dość daleko. Jestem na grzbiecie trochę wieje, ale nie ma kawałka cienia. Robię przerwę na kanapkę. Piję bardzo dużo, Tobi również, ale wody mamy aż nadto.

Obrazek

Idziemy w stronę celu. Jest przepięknie!

Obrazek

Czasem znika z oczu, ale wiem, że każdy krok mnie do niej przybliża.

Obrazek

Jest już blisko. Pojawia się las - można odpocząć w cieniu. Wciąż chce mi się pić. Tu pierwszy raz pojawia się myśl, że wody może jednak zabraknąć.

Obrazek

Minęło południe, skwar leje się z nieba. Pojawiają się trudności techniczne. Jak do cholery mam się poruszać w takim terenie? Stromo, wszystko się sypie.

Obrazek

Od Ciki oddzielają mnie przepaście. Próbuję je obejść - stromizna i kosówki nie ułatwiają.

Obrazek

A przepaście są gigantyczne. Tu każdy kamień się rusza. Zrzucam wiele lawin. Do tego jestem jak na patelni. No co za niefart.

Obrazek

Cika na wyciągnięcie ręki. Jakby się tak rozpędzić to może by i szło przeskoczyć tą przepaść - przegrzany mózg podpowiada dziwne pomysły.

Obrazek

Trzeba obejść górą, w końcu znajduję jedyne miejsce, gdzie można zejść. Na zdjęciu wygląda spoko. Na żywo również wyglądało. Problem w tym, że każdy kamień się rusza. Wszystko jedzie. Tobi zrzuca na mnie kamienie, a ja na niego.

Obrazek

OK, jesteśmy przed atakiem szczytowym. Ostatni odcinek wygląda nieciekawie, ale teraz już się nie poddam.

Obrazek

Jeszcze jeden rzut oka w przepaść - brr.

Obrazek

Widok wstecz, na przeszkodę, którą pokonałem.

Obrazek

To samo z oddalenia. Widać, że nie można tego obejść bokiem. Jedyna droga, przez szczyt.

Obrazek

A przede mną ostatnie podejście. W takim terenie łatwiej iść w górę niż schodzić. Napieramy skrajnie zmęczeni.

Obrazek

Ostatnie metry. Już wiem, że się uda!

Obrazek

Szczytujemy!
Widok na drugą stronę, tą mamy zaliczoną na pierwszej wycieczce.
Krzyczałem. Taki krzyk złości, radości, zwycięstwa - spontanicznie wyszło. Tobi szczekał.

Obrazek

Jest 14:00, czyli droga w górę zajęła 9 godzin. Wody mamy dramatycznie mało, już od jakiegoś czasu oszczędzam. Teraz będzie z górki. Byle tylko pokonać pierwszy odcinek, czyli przejść za te przepaście. Temperatura zabija.

Obrazek

Próba zdobycia Ciki z dołu zakończona powodzeniem :)
Czy damy radę zejść? Czy wezwiemy TOPR - dowiecie się w następnym odcinku ;)

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lip 14, 2022 8:39 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
CZĘŚĆ VIII - zejście z Ciki - to już naprawdę koniec relacji ;)

Często powtarzam hasło, że jak dało radę wyjść to i uda się zejść. Teraz przyszło zastosować to hasło w praktyce. Ze szczytu Ciki zejście było trudne, a dowodem na to jest to, że nie zrobiłem ani jednego zdjęcia. Starałem się być maksymalnie skoncentrowany na każdym kroku. Nie mogłem sobie pozwolić na błąd.

Potem nadszedł czas na pokonanie górki z przepaściami. Tu poszło łatwiej. Znałem już drogę, wiedziałem jakiej strony się trzymać.

Obrazek

Można było trochę się porozglądać. Droga asfaltowa na przełęcz z dziwnej perspektywy.

Obrazek

Początkowo myślałem tylko o przejściu trudnych stromych miejsc. Często odpoczywałem, delektowałem się małymi łyczkami wody z sokiem. Doszedłem do ostatniego drzewa. Wiedziałem, że następny cień będzie dopiero u Bacy.

Obrazek

Koniec trudności.
Moimi przeciwnikami pozostali już tylko upał i zmęczenie. Poczułem się bezpiecznie, to był błąd. Wydawało mi się, że nie muszę wchodzić na to wzniesienie przede mną, że mogę go obejść z prawej. Że tak tu przyszedłem.

Obrazek

Dolinka z prawej szybko zaczęła opadać, ale zamiast zawrócić, uznałem, że przecież i tak dojdę. Robiło się coraz stromiej. To był boczny grzbiet i boczna dolina.

Obrazek

Widok w dół. To nie niebo, tylko morze. Ładnie, prawda? Ale nie powinno mnie tu być.

Obrazek

Próbuję utrzymać wysokość męcząc się na kamieniach. Ależ byłem głupi, że na górze nie chciało mi się podejść dosłownie parę metrów w górę po ścieżce.

Obrazek

Doszedłem do miejsca, gdzie już nie dało się kontynuować - za stromo. Trzeba było wyjść na górę wzdłuż osypiska. Wystąpiło tu zjawisko nagrzanych skał i nieruchomego powietrza. Tobi zaczął dosłownie zaplątywać się we własny język. Zdecydowałem, że robimy imprezę - pijemy. Też już miałem dość kalkulacji kiedy pić i jak mały łyczek. Idziemy na całość - wypijamy wszystko co mamy. Tak zrobiliśmy, przez minutę nie chciało mi się pić - piękne uczucie.

Obrazek

Wyszliśmy na górę, a tu poidło dla zwierząt. Tobi skorzystał. Patrzyłem na niego z zazdrością. Woda miała ze 40 stopni i trochę śmierdziała. Raz już taką piłem. Ale tamta śmierdziała mniej. Z tej zrezygnowałem.

Obrazek

Poszliśmy dalej. Błąd ze zbyt wczesnym zejściem z grzbietu zostawił ślad w psychice. Kiedy faktycznie miałem z niego zejść, nie zrobiłem tego. Zorientowałem się w tym pięknym miejscu.

Obrazek

A powinienem być na tamtym niższym grzbieciku. Niewielka różnica, ale znowu dodatkowy wysiłek.

Obrazek

Kiedy wróciłem na właściwą drogę i przeszedłem kawałek ścieżką teoretycznie byłem już prawie na miejscu. Teoretycznie. Bo praktycznie nic mi nie pasowało. Nie poznawałem okolicy. Rozglądałem się za gospodarstwem i nigdzie go nie było. Troszeczkę spanikowałem i nie wierzyłem już we własne zmysły. Postanowiłem zajrzeć za jedyny garbek, który mi coś zasłaniał.

Obrazek

Uff... gospodarstwo pode mną. Znowu ciut źle poszedłem, ale to był już naprawdę malutki błąd.
Na zdjęciu widać żonę Bacy jak zabiera z zagrody owieczkę. Owieczka darła się jakby szła na rzeź. Myślę sobie głupie zwierzę, pewnie będzie dojenie, albo strzyżenie. Po co się tak wydzierać. Jak doszedłem owieczka leżała w kałuży krwi i dogorywała w drgawkach.

Obrazek

Powitałem wszystkich radośnie. Poprosiłem o wodę. Baca nalał mi całą butelkę 1,5 l. Pociągnąłem kilka wielkich łyków. Potem kilka mniejszych. Siedziałem sam w salonie, trwało to najwyżej parę minut. Ze zdziwieniem zauważyłem, że opróżniłem całą butelkę. W tym czasie okazało się, że owieczka zamieniła się już w mięso. Podwieszono je po dachem. Tobi bacznie obserwował. Baca z żoną pytali mnie o Cikę. Pokazywałem, że "Cika OK", ale bardzo męcząca. Pokazałem parę zdjęć na aparacie. Zaproponowali, żebym coś zjadł. Położyli chleb na ławę. Przypomniałem sobie, że mam jeszcze kanapkę, więc za chleb podziękowałem, zjadłem swoje.

Potem zapytałem o ser. Kobieta wyciągnęła z beczki kawałek i chciała pokroić, ale ją powstrzymałem. Wziąłem cały kawałek i wsadziłem do woreczka po kanapkach. Zrozumieli, że biorę na wynos. Wtedy pokazałem, że chcę więcej sera. Lekko zaskoczona wyciągnęła drugi kawałek. Również zabrałem i pokazałem, ze chcę kolejny. Tym razem zdziwiona popatrzyła na Bacę, ale ten kiwną głową, żeby mi dać, więc zrobiła to, a ja znów go zabrałem. Oceniając ciężar (ze 2 kg) uznałem, że wystarczy. Zapakowałem to wszystko w jeszcze jeden worek i w reklamówkę i włożyłem na dno plecaka. Gospodarze byli wyraźnie zbici z tropu, ale uznałem, że zaraz wszystko się wyjaśni jak wyciągnę kasę. Akurat nosiłem ze sobą zapasy euro. Dogrzebałem się do nich, z jednej ręki przełożyłem do drugiej banknoty 5, 10, 20 i na otwartej dłoni podsunąłem Bacy, żeby sobie wziął ile chce. Kiedyś w Czarnogórze kupowaliśmy ser od górali w bacówce w Durmitorze i wtedy liczyli sobie 5 euro za kawałek. Mój Baca jednak nie chciał pieniędzy. Razem z żoną coś mówili, zrozumiałem, że nie chcą. Myślę sobie, a może mało im oferuję? Dołożyłem jeszcze banknot 50 euro. To był błąd. Oboje bardzo się zdenerwowali i zaczęli na mnie krzyczeć. No to ja się też zdenerwowałem i mówię, że nie ma opcji takiego prezentu. Dużo sera, dobry ser. Płacę! Wziąłem 20 euro wcisnąłem Bacy w rękę i myślę sobie - koniec negocjacji. Baca stoi, trzyma to 20 euro, nie wygląda na zadowolonego. Żona zaczyna coś się czepiać, kłócą się przez chwilę. W końcu Baca powoli sięga do mojej drugiej ręki ze zwitkiem banknotów i dobiera sobie jeszcze 10 euro. Myślę sobie: "a jednak się cenią". W tym momencie on szybko oddaje mi 20 euro i odsuwa się na parę kroków i dopiero to jest koniec targów. Uśmiecham się, że OK. Oni też nagle robią się bardzo zadowoleni. Wraca dobra atmosfera.

Bacowa przygotowuje 2 michy czegoś białego do jedzenia. Jedna ląduje przede mną. Nie jestem głodny. Baca zaczyna jeść swoje i ze zniecierpliwieniem pokazuje mi, że też mam jeść. Dokładnie tym samym tonem jak rano, kiedy mówił mi, że mam iść za nim a nie zostawać w tyle. Myślę sobie, jak nic będę miał po tym srakę. Ale odważny jestem, próbuję. Co to było - nie wiem. Było chłodne, wręcz zimne jak na tamte warunki. Słodkawe, przypominało rozwodnione mleko, z czymś. Dodatek był podobny do ryżu, bądź jakiejś kaszy. Już pierwsza łyżka mi zasmakowała. Pochłonąłem całość dziwiąc się jak bardzo ten posiłek pasuje do warunków, klimatu i potrzeb ludzkiego organizmu w danej chwili.

Obrazek

Przyszła pora się rozstać. Przemili ludzie. Miałem wrażenie, że moja wizyta u nich dała im naprawdę sporo radości, że mogli gościć przybysza z dalekiego kraju u siebie. A dla mnie spotkanie Bacy było najlepszą rzeczą jaka mogła mi się tego dnia przytrafić. Gdyby nie on, prawdopodobnie nie zdobyłbym Ciki. Nie miałem na tyle wody. Rozsądek kazałby mi zrobić odwrót. A jeżeli bym go nie zrobił (co znając mnie było możliwe), to znalazłbym się w naprawdę kiepskim położeniu. Uratowali mi dupę jednym słowem. Na koniec dostałem jeszcze 1,5 l wody na powrót. Znowu zabrakło, tak mnie tego dnia suszyło.

Baca jeszcze odprowadził mnie kawałek, pokazując właściwą drogę. Dzięki temu nie zgubiłem się na powrocie ;)

Obrazek

Schodzimy z gór. Jeszcze dużo drogi przed nami. Mimo późnej pory wciąż bardzo gorąco.

Obrazek

Strefa wejścia w zwartą roślinność. O ile górą można chodzić gdzie bądź, to tu musi być ścieżka. Tej ściany roślinności nie przejdzie się bez ścieżki. Dlatego ważne było, że Baca pokazał mi drogę powrotną. Niby szedłem tędy rano, ale prawdopodobnie sam z siebie bym nie trafił.

Obrazek

Pożegnanie z górami.

Obrazek

Tobi dostał wycisk życia. Na trasę wyruszył z kontuzją. Dzień wcześniej w czasie pływania i wodnych harców nadwyrężył sobie ogon. Można zauważyć, że cały czas zwisa mu jakby bezwiednie. Nie potrafił nim machać, ani go unieść. Widać było, że go boli. Jednak to był ostatni dzień, kiedy można było zaatakować Cikę z dołu, a Tobi na pewno bardzo tego pragnął ;)

Obrazek

Na koniec jeszcze incydent z dwoma dużymi psami pilnującymi kamieniołomów. Bestie ciut mniejsze od naszych naszych owczarków podhalańskich. Na pyskach blizny. Ten ze zdjęcia ma metalową obrożę z wielkimi kolcami. Jeden stał nam na drodze, drugi obchodził od tyłu. Widać było, że współpracują i że wiedzą co robią. Musiałem użyć autorytetu. Zdjęcie zrobione jak już czułem, że je przełamałem i mam przewagę psychiczną.

Obrazek

Tobi jeszcze nigdy tak chętnie nie wchodził do auta na koniec wycieczki! :D

Obrazek

Wycieczka z tych na maxa. Dała mi pełną satysfakcję i spełnienie. Warto było :)
Ja kontra Cika - 2:1 :D

p.s.
A po "zupce mlecznej" nic mi nie było.

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lip 14, 2022 9:24 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz cze 18, 2009 11:04 am
Posty: 10310
Lokalizacja: miasto100mostów
Twoje relacje są fascynujące, dzięki.

Tydzień temu podczas urlopu zrobiłem sobie jedną konkretniejszą wycieczkę górską. Jeśli chodzi o skalę wyzwania to zupełnie nie ta klasa co Twoja Cika.
Ja swoją wycieczkę zakończyłem o 10 rano grubo zmielony upałem. Nie wiem jak można wytrzymać takie coś przez cały dzień.

_________________
'Tatusiu, zostań w samochodzie, a my zobaczymy gdzie zaczyna się nasz szlak.'


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz lip 14, 2022 10:03 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Kończysz o 10, ale zaiwaniasz 3x szybciej ode mnie ;)
A jak ja wytrzymuję? No jakoś wytrzymuję i widać mi się podoba, skoro pakuję się z premedytacją w takie warunki. Na ostatniej wycieczce było najciężej ze względu na upał i mówię nie tylko o tym urlopie, ale w perspektywie wszystkich życiowych doświadczeń. Wypiłem 8,5 litra płynów (zupki mlecznej nie liczę). Do południa jest ciężko, bo masz przed sobą ciągły wzrost temperatury. Po południu, pod wieczór, jest nadzieja na jej spadek, to dodaje sił ;)

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt lip 15, 2022 12:56 am 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 11, 2011 9:25 pm
Posty: 1331
Lokalizacja: W-wa
Przeczytane! Można się zakochać w tym kraju dzięki Twojej relacji.

A ostatni dzień to kwintesencja mocnej górskiej wyrypy, a żeby było całkiem na bogato, to dostałeś jeszcze w bonusie spotkanie z bacą - bardzo ciekawy dzień w górach, świetnie opisany.

Pojechałabym na Bałkany, ale...
sprocket73 napisał(a):
Po chwili pojawiają się duże psy i muszę użyć mojego autorytetu, aby trzymały się z daleka.

PS
Obśmiałam się miejscami, za co szczególnie dziękuję.

_________________
Nutko moja
https://www.youtube.com/user/1999szakal/playlists


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt lip 15, 2022 5:17 pm 
Przypadek beznadziejny

Dołączył(a): Cz paź 22, 2015 5:17 pm
Posty: 2474
Lokalizacja: Poznań
Przeczytałam nawet dwa razy, tak mi się podobało. Za drugim razem prześledziłam mapę. Te serpentyny robią wrażenie, chyba też dla kierowcy.
Góry piękne, a turystów niewielu.
sprocket73 napisał(a):
Widok w dół. To nie niebo, tylko morze. Ładnie, prawda? Ale nie powinno mnie tu być.
No faktycznie, bardzo ładnie. Wyobrażam sobie jak ja bym się poczuła w tym momencie.
Ja też miałam opinię o Albanii jako o kraju zaniedbanym i zacofanym. Twoje zdjęcia pokazują jak bardzo to błędna opinia.
sprocket73 napisał(a):
Tobi pływa i wspina się po skałkach razem ze mną wzbudzając ogólny podziw, ale on jest rozsądny i nie skacze z wysokości.
Masz bardzo rozsądnego psa :wink:
ps. czy Tobi już czuje się lepiej?

sprocket73 napisał(a):
To takie przemyślenia na koniec. Niekoniecznie optymistyczne. Pewnie i tak nikt tego nie przeczyta

To też przeczytałam i niestety masz rację. To nadaje się do "off topu", ale tam mi się już nie chce pisać. Jak słyszę prezesa Adama, który co kilka dni mówi co innego, to lepiej żeby nic nie mówił. Prezydent mówi o "zaciskaniu zębów", jakiś min. o zbieraniu chrustu, p. Mateusz o ociepleniu domu przed zimą a min. edukacji abyśmy mniej jedli to z utęsknieniem czekam na ich koniec. Ale czy to się wydarzy?


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N lip 17, 2022 5:16 am 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
anke napisał(a):
A ostatni dzień to kwintesencja mocnej górskiej wyrypy
To był bardzo ciekawy dzień, zarówno górsko, jak i społecznie, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się wejść tak mocno w interakcje z góralami ;)

e_l napisał(a):
czy Tobi już czuje się lepiej?
Wystarczyły 2 dni, żeby się zregenerował. To twarda psina :)

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N lip 17, 2022 5:09 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz cze 18, 2009 11:04 am
Posty: 10310
Lokalizacja: miasto100mostów
e_l napisał(a):
Przeczytałam nawet dwa razy, tak mi się podobało. Za drugim razem prześledziłam mapę. Te serpentyny robią wrażenie, chyba też dla kierowcy.
Góry piękne, a turystów niewielu.
sprocket73 napisał(a):
Widok w dół. To nie niebo, tylko morze. Ładnie, prawda? Ale nie powinno mnie tu być.
No faktycznie, bardzo ładnie. Wyobrażam sobie jak ja bym się poczuła w tym momencie.
Ja też miałam opinię o Albanii jako o kraju zaniedbanym i zacofanym. Twoje zdjęcia pokazują jak bardzo to błędna opinia.
sprocket73 napisał(a):
Tobi pływa i wspina się po skałkach razem ze mną wzbudzając ogólny podziw, ale on jest rozsądny i nie skacze z wysokości.
Masz bardzo rozsądnego psa :wink:
ps. czy Tobi już czuje się lepiej?

sprocket73 napisał(a):
To takie przemyślenia na koniec. Niekoniecznie optymistyczne. Pewnie i tak nikt tego nie przeczyta

To też przeczytałam i niestety masz rację. To nadaje się do "off topu", ale tam mi się już nie chce pisać. Jak słyszę prezesa Adama, który co kilka dni mówi co innego, to lepiej żeby nic nie mówił. Prezydent mówi o "zaciskaniu zębów", jakiś min. o zbieraniu chrustu, p. Mateusz o ociepleniu domu przed zimą a min. edukacji abyśmy mniej jedli to z utęsknieniem czekam na ich koniec. Ale czy to się wydarzy?
Co do Czarnia, którego serdecznie nie znoszę, to jego słowa zostały chamsko przeinaczone. Jak widać dziś w ścierwomediach strach powiedzieć cokolwiek, bo nawet ludzie mający głowę na karku łykają przekłamania jak pelikany.

_________________
'Tatusiu, zostań w samochodzie, a my zobaczymy gdzie zaczyna się nasz szlak.'


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N sie 07, 2022 12:15 am 
Uzależniony ;-)

Dołączył(a): Pt sie 07, 2015 10:09 pm
Posty: 720
Lokalizacja: Chrzanów
Bardzo ładną miejscówkę wybraliście, napisz jak rezerwowaliście kwaterę i ile zajął dojazd na miejsce. My w tym roku jedziemy do Cro, ale ceny tam zaczynają się robić chore.
Co do gór, to chyba taki bałkański standard: upał, chaszcz i słabe znakowanie szlaków lub jego brak, ale góry 2k z poziomu morza to robi wrażenie.
Węgry to był kiedyś wspaniały kraj, w latach 80 Tato pracował w węgierskiej kopalni i wakacje spędzaliśmy nad Balatonem, to był dla nas dzieci raj, w sklepach było wszystko, czy to w spożywczych czy z zabawkami, u nas nie było nic, albo na kartki. Teraz bieda jest dość widoczna a Polska poszła niesamowicie do przodu.
Zawsze będąc za granicą lubię "podglądać" lokalsów, co robią i jak żyją, kraj tworzą ludzie, wystarczy wcześnie rano iść na kawę, nie do baru przy plaży, tylko tam gdzie spotykają się przed robotą lokalsi. Miałeś okazję zażyć taką pigułę albańskości, taki bezinteresowny kontakt z ludźmi odmiennej kultury jest chyba najcenniejszy, chociaż Ty tam z nimi jakieś wałki na serze kręciłeś :lol:


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N sie 07, 2022 9:01 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt kwi 12, 2011 7:46 am
Posty: 1974
Zawsze jeździmy w ciemno. Wybieram tylko w domu miejscowość, a potem szukamy już na miejscu. Tu wyglądało to tak, że zagadałem do kolesi siedzących przy sklepie. Jeden zaprowadził mnie do swojego "hotelu" - fajny, nowy, 35 euro, ale bez kuchni, więc podziękowałem. Zapytałem w budynku obok. Ciut brzydziej, w sensie nie pachniało nowością, ale była kuchnia i cena 30 euro więc nie szukałem więcej. Całość poszukiwań zajęła z 10 minut. Dojazd na miejsce niestety 2 dni. Wyjechaliśmy z domu po 9:00 rano, na miejscu byliśmy ok 17:00 następnego dnia. Nocleg po drodze w aucie, gdzieś w Bośni.

Te góry ponad 2k nad morzem to był dla mnie największy atut. W Chorwacji jednak takich wysokich nie ma.
Jakie wałki na serze? Po prostu ostro się targowaliśmy, tylko na odwrót - ja chciałem zapłacić jak najwięcej, a oni chcieli jak najmniej ;)

_________________
SPROCKET
viewtopic.php?f=11&t=17068


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 17 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Polityka prywatności i ciasteczka
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL