W dniach 13-15 sierpnia 2011 (tak naprawdę 12-16) byłem z Żoną w Tatrach. Najgorszy możliwy termin na wyjazd, bo to "tradycyjny" długi weekend. Można się było więc spodziewać potwornych tłumów. Wyjechaliśmy w piątek koło południa, do Krakowa i przez Kraków droga bezproblemowa, w samym Krakowie mimo godzin szczytu przebiliśmy się przez NH i... utknęliśmy na dobre pół godziny w Wieliczce. jak wreszcie wyjechaliśmy na drogę na Dobczyce - puściutko

. Żadnego korka. Potem przez Mszanę Dolną, Rabkę, Chabówkę, Czarny Dunajec i Chochołów. Żadnego ruchu, a zakopianka zapewne niemożliwie zakorkowana. Z okolic Czarnego Dunajca wspaniały widok na całe pasmo Tatr oświetlone zachodzącym słońcem.
13 sierpnia mieliśmy plan A (zależny od pogody, w końcu jesteśmy z 1,5 rocznym brzdącem) - Kopa Kondracka od Małej Łąki. Ruszyliśmy z Gronika o 8 rano, pogoda była z początku wspaniała. Ale już na Wielkiej Polanie pokazały się chmury, niektóre całkiem ciemne. No nic, zobaczymy co będzie dalej. Mała trochę pohasała, narobiła wrzasku jak chcieliśmy ją z powrotem zapakować w nosidło

w końcu dała się przekonać, ale mama musiała ją ponieść. W Głazistym Żlebie ślisko, błotniście, a co gorsza ciemne chmury zakryły już Giewont. Chwila wahania, ale nieco się przejaśniło, ruszyliśmy więc dalej. Dalej ciężko i upierdliwie, ale wreszcie doszliśmy na Przełęcz Kondracką. Dłuższy odpoczynek wśród niezwykle kolorowej "stonki". Niepewna pogoda, oraz fakt że musieliśmy zejść do Kuźnic i Zakopanego żeby wybrać kasę z bankomatu (bo jełopy zapomnieliśmy zrobić to w domu) spowodowały, że odpuściliśmy Kopę i zeszliśmy do Kondratowej. Dżizas!!! Panie na szpilkach, w klapkach, pan w butach od gajera

, panie z torebkami przez ramię, reklamówkami, a nawet takimi sztywnymi papierowymi reklamówkami. Nikt praktycznie nie miał żadnego cieplejszego okrycia. Koloryt narodu zdobywającego Giewont drogą "klasyczną" był wprost porażający. Ale... trzeba przyznać - zasadę ruchu prawostronnego trzymali wszyscy. Nasza córa, podobnie zresztą jak inne maluchy w nosidłach, wywoływała mnóstwo uśmiechów i przyjaznych komentarzy. Zejście z Kondratowej już w mniejszym tłumie, większość o 15-16 akurat "szczytowała". W Kuźnicach MEGA!!! "kolejka do kolejki". Gigant, takiej to nie widziałem chyba nigdy! Że też młodym i zdrowym ludziom się chce...
Jak doszliśmy do Ronda moja małżonka była już mocno zmęczona, wziąłem od niej plecak. Z tyłu dziecko, z przodu plecak... cytując klasyka "to nie był błąd, to był wielbłąd". Mega ścisk na Krupówkach, bankomat, marsz na Krzeptówki. Potem solidny obiadek i po dwa "regeneracyjne" browary

Dzień udany, choć plan nie był zrealizowany w 100%.
Ja z Flo na Przełęczy Kondrackiej
Szukając natchnienia
Szukając natchnienia
Na Kalatówkach
14 sierpnia planem A był Ciemniak z Kir. Zależny od pogody i naszego samopoczucia po dniu poprzednim. Samopoczucie było dobre, pogoda kryształowa. Podjechaliśmy do Kir, zapakowaliśmy małą w nosidło i do góry. O 8 rano już sporo ludzi w Kościeliskiej, a także, co mnie nieco zaskoczyło - bardzo dużo ludzi na szlaku na Ciemniak. Podejście znane, nużące i upierdliwe, szczególnie przez ludzi którzy lecą do góry, po 100 m stają, my idąc cały czas równym tempem ich mijamy, oni znów wyrywają do góry, wyprzedzają nas, znów stają i sapią, znów ich mijamy... rekordzistów to chyba kilkanaście razy

Byli w efekcie dwa razy bardziej zmęczeni od nas, choć czas dojścia taki sam. Na Adamicy chwila odpoczynku, pozwoliliśmy aby minęła nas nieco większa "wycieczka zakładowa", podejście do Pieca i znów odpoczynek. Mała wyjęta z nosidła znów nie dała się do niego wsadzić

Dalsze podejście w słońcu, choć nie w upale - był wiatr, więc było przyjemnie. Najgorzej rzecz jasna na podejściu na Twardy Upłaz, a do szczytu Ciemniaka to już zupełny luzik. Maluch usnął... na szczycie jednak po chwili się obudziła. Panorama świetna, widoczność wspaniała, mimo że było nieco chmur. Po dobrych 30 min. zaczęliśmy schodzić. Było już chłodniej, wysiłek mniejszy. Najgorzej oczywiście już w lesie, na dole - człowiek zmęczony, niesie dziecko na plecach, więc jakikolwiek upadek niewskazany, a tu śliskie, nierówne kamienie, korzenie... masakra. Jednak radość z ładnej pogody i zdobycia wspólnie z naszą córeczką prawie 2100 m n.p.m. była naprawdę duża

Dzień wyjątkowo udany
Flo na barkach taty na 2096 m n.p.m.
Flo przy Piecu
15 sierpnia dzień miał być nieco lżejszy, a poranna pogoda nie pozostawiła złudzeń - było parno, wilgotno, chmury pojawiły się wcześnie. Cel - Dolina Strążyska - Sarnia Skała - Dolina Białego. Cóż tu opisywać

W Strążyskiej rano było zupełnie pusto, byliśmy sami. Koło "herbaciarni" nasza córka zaznajomiła się z koleżanką w swoim wieku, której rodzice pokonywali dokładnie tą samą trasę co my. No... ja też zaplusowałem, bo byłem przy Siklawicy po raz pierwszy od... 25 lat

Upierdliwe podejście na Czerwoną Przełęcz (ślisko jak cholera), potem już chwila na Sarnią. Na górze rewelacyjny plac zabaw dla dziecka - skałki po których można się wspinać

Normalnie mała taterniczka, nie dała się od nich oderwać

Dzika awantura w momencie wsadzania jej do nosidła, potem obrażona mina przez dobre pół godziny... Zejście do Białego męczące, śliskie, na przeciw podchodzącego tłumu. Zawsze twierdzę, że to są szlaki na zimę, i to jak tak dosypie że nie da się iść wyżej, a nie na lato. Doliną Białego do wylotu, potem jeszcze pod Gubałówkę po jakieś duperele. Pogoda popsuła się już całkiem, burza wisiała w powietrzu. Jak wracaliśmy na Krzeptówki to jak lunęło... piorunów niby niewiele, ale później dowiedzieliśmy się że poraziło dwie osoby na Hali Kondratowej, i to w lesie

W nocy kolejna, spora burza
Jaki to kraj

?
Kontakt z innym pokoleniem
Kontakt z tym samym pokoleniem
"Mamo patrz!"
Szukając natchnienia
Powrót do domu 16 sierpnia rano - kompletne załamanie pogody na Podhalu. Gór w ogóle nie było widać, lało, było zimno. Za to przejazd zakopianką bezproblemowy
Generalnie wyjazd udany - zarówno pogodowo, jak i pod względem miejsc gdzie doszliśmy z dzieckiem. Mała prawie nie marudziła, góry ją interesowały (choć konie, owce, krowy czy inne dzieci o wiele bardziej). Stwierdzam jednak że ona swoje już waży i muszę więcej w Warszawie chodzić z nią w nosidle (choć używam tylko nosidła, wózka praktycznie nigdy)