Forum portalu turystyka-gorska.pl

Wszystko o górach
portal górski
Regulamin forum


Teraz jest Cz kwi 22, 2021 6:14 pm

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 9 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: N lut 18, 2018 7:31 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr sie 31, 2005 7:05 am
Posty: 1545
Lokalizacja: Brzozówka k. Krakowa
Jak wsiadałem do autokaru i usłyszałem z tyłu głosy Darka i Jasi zapraszających mnie aby usiąść koło nich, już wiedziałem, że to nie będzie łatwa podróż :). I rzeczywiście nie była. Ale ma to też swoje plusy, odprawa celna choć zapewne długa i upierdliwa przebiegła niemal bezboleśnie, a ni stąd ni zowąd pojawił się w autokarze mój dobry kolega Paweł, który dosiadał się do nas na granicy w Krościenku. Poranki w autokarze do najprzyjemniejszych nie należą, ale z pomocą kasztelana można je jakoś przeżyć. Jedziemy, jedziemy i nagle komenda – wysiadamy i przebieramy się w górskie łachy.

Obrazek

Na początek w planie był szczyt o tajemniczej nazwie Ciuchowy Dział (942 m n.p.m.) leżący w tzw. Beskidach Brzeżnych. Przypuszczam, że ta nazwa mało komu cokolwiek mówi. Dla mnie – gdyby nie ten wyjazd również byłaby białą plamą na mapie. Beznamiętnie pokonywałem kolejne metry. Panujący upał i kolejne zapasy w plecakach skutecznie nas znieczulały.

Obrazek

Nawet nie zauważyliśmy, kiedy stanęliśmy na szczycie, który notabene łatwo było przeoczyć. Po tym niezbyt ciekawym - ale istotnym z punktu widzenia robiących Koronę Beskidów wierzchołku na szczęście było już tylko przyjemniej i ciekawiej.

Obrazek

Ruiny zamku Tustań oraz skałki wokół nich skutecznie przykuły naszą uwagę. Bardzo ciekawe oryginalne miejsca warte zobaczenia. Trochę klimaty jak na szlaku Orlich Gniazd. Jak ktoś widział ruiny zamku Morsko to tutaj jest trochę podobnie, ale ciekawiej.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Robimy fotki i dość ciekawym szlakiem schodzimy do miejscowości Urycz. Tutaj godzina przerwy. Na okolicznych straganach kupujemy „domaszną” i wypijamy po zimnym lwowskim w okolicznym „magazynie”. I wtedy czujemy pełną gębą, ze akcja „Ukraina 2017” rozpoczęła się na dobre.

Obrazek

Obrazek

Autokar czeka na nas na pobliskim parkingu. Właśnie to jest główny atut wyjazdów zorganizowanych, że można zejść w zupełnie innym miejscu niż to z którego startowaliśmy i nie martwimy się o transport, rozkład jazdy busów, pociągów, czy załatwimy jakieś sensowne noclegi czy nie. Po prostu pakujemy się do autokaru i niech się dzieje co chce.
W Starej Hucie meldujemy się przed 18-tą. Po obiadokolacji zapanował spokój, bo nazajutrz żarty miały się skończyć. Ihrowiec i Wysoka w Gorganach miały wycisnąć z nas siódme poty.

Dzień II

Niedziela się zaczęła typowo dla górskiego wyjazdu – czyli na kacu. O 7 a właściwie o 6 (czasu polskiego) schodzimy na śniadanie (raczej marne). Wyjście w góry jest planowane na 7:40. Demonem szybkości – zwłaszcza na kacu nie jestem, więc zdecydowanie wolałbym ósmą. No i niestety tak się ślamazarnie zbieram, że wychodzę już po wymarszu naszej grupy. Nie bardzo wiem w którą stronę mam pójść. Kombinuję jak koń pod górę, próbując jakoś wykorzystać otrzymywane od Pawła wskazówkowe smsy. Wreszcie zabawiłem się niechcący w Jamesa Bonda, wchodząc nieświadomie na jakiś pieczołowicie chroniony teren (podobno rządowy). Przekonałem się na własnej skórze o dużej czujności ukraińskich wojskowych. Skruszony z pełnymi gaciami przepraszam i ruszam spokojnie we wskazanym przez nich kierunku. Oj kruche jest to nasze życie, często sobie nie zdajemy sprawy nawet jak bardzo. Paweł w międzyczasie wrócił po mnie do Starej Huty, więc ostatecznie wychodzimy ponad godzinę za grupą. Ja mam w plecaku mapę, Paweł maps.me w komórce, więc spokojnie sobie poradzimy. Najgorzej było wydostać się ze Starej Huty. Tętno cały czas dobrze ponad 100 uderzeń. Siadamy na początku czarnego szlaku i wypijamy po piwku. Pora ukoić skołatane nerwy. Dalej to już wrażenia stricte górskie (choć nie tylko).

Obrazek

Obrazek

Podejście długie, ale dosyć łagodne. W najbardziej stromych miejscach idziemy zakosami. Po raz setny obiecuję sobie, że to już moje ostatnie wyjście w góry na kacu. Jesteśmy powyżej granicy lasu. Tu zaczyna wiać chłodny wiatr, który dodaje mi sił (bo Paweł ma ich aż w nadmiarze).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

I tak oto wchodzimy na Ihrowiec (1 807 m n.p.m.) – drugi co do wysokości szczyt Gorganów (nie licząc Małej Sywuli).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na Ihrowcu doganiamy końcówkę naszej grupy, ale robimy sobie przerwę. A co, zasłużyliśmy w końcu. W następnej kolejności zdobywamy Wysoką (1 805 m n.p.m.), która jest trzecim najwyższym szczytem Gorganów. Siedząc długo na szczycie pijemy piwko i widzimy jak nasi zaczynają schodzić z pobliskiej przełęczy. Nie spieszy nam się. Siedzimy tam kolejne pół godziny.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wreszcie pora schodzić. Ale tak zwyczajnie szlakiem ? Nie, to byłoby zbyt proste, zejdziemy nieoznakowaną ścieżką, a co tam. Była ona fajna, ale do czasu, kiedy przestała być ścieżką a stała się jedną wielką gęstą kosówką. Pokłułem sobie całe nogi, które w kolejnych dniach okropnie mnie swędziały i porobiły się na nich jakieś dziwne bąble. Wreszcie zakopaliśmy w kosówce na amen. Przed nami trójka Ukraińców się stamtąd wycofała, ale my oczywiście wiedzieliśmy swoje. Mięczaki, my na pewno damy radę. Co ciekawe widzieliśmy naszą grupę na wyciągniecie ręki wylegującą się na polanie. „Jak daleko stąd jak blisko” cisnęło się na usta. Co było robić. Chcąc nie chcąc musieliśmy zdobyć Wysoką po raz drugi tego dnia, dokładając sobie jakieś 200 metrów w pionie. Nie był to niewątpliwie mój najlepszy dzień.

Obrazek

Tym razem już bez kombinacji zaczynamy schodzić znakowanym szlakiem. Po drodze spotykamy Kingę z Andrzejem, którzy postanowili spędzić najbliższą noc w górach. Gdy docieramy na polanę, gdzie widzieliśmy ponad godzinę temu naszych ludzi okazuje się, że do Starej Huty mamy jeszcze ok. 10 km. Szlak niebieski okazał się być wyjątkowo długi.

Obrazek

Obrazek

Naliczyłem aż 7 przekroczeń potoku po śliskich, nieprzyjemnych kamieniach.

Obrazek

W Starej Hucie wpadamy na szybkie piwko do Koliby. Na obiadokolację oczywiście się spóźniamy, ale za wstawiennictwem naszego szefa zostaje nam ona wydana. Na pewno nie zostaliśmy ulubieńcami obsługującej nas wtedy kelnerki.
Sporo się w tym dniu wydarzyło. Trzeba podkreślić, że cały czas dopisywała nam pogoda i (powyżej lasu) piękne widoki. Z naszymi bonusami zrobiliśmy jakieś 30 km i ok. 1500 m podejścia. Po prysznicu ponownie lądujemy w kolibie, ale bez szaleństw. Dwa piwa to wszystko czego w tym momencie potrzebujemy. A nazajutrz czeka nas nie mniej łakomy kąsek, bo sama królowa Gorganów – Sywula.

Dzień III

Nie sądziłem, że po niespełna 11 miesiącach ponownie stanę na Sywuli – najwyższym szczycie Gorganów. W październiku ubiegłego roku miałem tam przyjemność być z fantastyczną ekipą z nowosądeckiego PTT. Ale warunki były wtedy stricte zimowe, więc chciałem zobaczyć jak to wygląda przy aurze wczesno – jesiennej.
Śniadanie znowu o 7 i ponownie królewskim go nazwać nie można. Ot takie na podtrzymanie podstawowych funkcji życiowych. Tym razem start jest planowany na godzinę 8, co bardziej mi odpowiada. Jakoś bardziej mnie przekonują okrągłe godziny wymarszu. Na początek klasyczna atrakcja często spotykana w ukraińskich górach czyli przejazd gruzawikiem.

Obrazek

Pod tą nazwą kryje się zwykle jakiś ził ewentualnie ułaz, na przyczepie którego są ustawione ławki, na których zasiada górska brać. Oczywiście musi być trochę dramaturgii – czyli na przyczepę wchodzi się po drabinie a ławeczki są w dużej mierze ruchome. Wszystko to powoduje salwy śmiechu oraz krzyki przerażenia w trakcie jazdy. Rok temu polewałem jeszcze wódkę na takim sprzęcie, ale tam nad głowami była jeszcze rozciągnięta plandeka, więc było trochę łatwiej. Tutaj trzeba się było zapierać rękami i nogami, aby dotrzeć do celu w jednym kawałku. Nie mam najlepszego miejsca bo przy samej burcie, co powoduje, że co chwilę zaliczam uderzenie gałęziami w głowę. Przy odrobinie pecha i nonszalancji można też skończyć pod kolami gruzawika, bo nierówności na tych ukraińskich bezdrożach są gigantyczne. Wreszcie ciężarówka się zatrzymuje i wysiadamy. Jesteśmy na wysokości prawie 1000 m n.p.m.. Teoretycznie mamy do pokonanie niewiele ponad 800 m w pionie, w praktyce jednak jest tego więcej. Tempo żwawe, trzymam się gdzieś z przodu stawki. Po ponad godzinie pierwszy postój. Stąd ok. 10 minut do miejsca o swojsko brzmiącej nazwie „piekło”. Jest to takie głębokie urwisko, ze świetnymi widokami na okoliczne pasma górskie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Tu nastąpiło prawdziwe poszatkowanie grupy. Część robi jakieś bonusy we własnym zakresie, część idzie wydłużoną wersją z naszym ukraińskim przewodnikiem, część wchodzi szlakiem koło ruin dawnego polskiego schroniska na Małą Sywulę, a część trawersuje od razu na Sywulę. Ja wybieram trawers bezpośrednio na najwyższy szczyt Gorganów. Po drodze wypijamy z Prezesem po dwa szybkie i wkrótce meldujemy się na Wielkiej Sywuli. Czas dobry, ludzi niewiele, więc rozkładam się z kabanosem, musztardą i jeszcze polskim chlebem. Tego dnia (chyba po raz pierwszy w górach) nie mam w plecaku żadnego piwa. To straszne uczucie, którego nie chciałbym doświadczyć już nigdy więcej :).

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po ponad godzinie spędzonej na szczycie przetaczamy się na Małą Sywulę, która choć niższa w moim odczuciu jest bardziej wyrazistym wierzchołkiem. Tam znowu siedzimy oczekując na kolejne grupki i grupeczki.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przeglądam mapę i okazuje się, że czarny szlak, który wiedzie od podnóża Małej Sywuli urywa się na wielkim skalnym piarżysku. Wszystko jasne, aby dostać się do szlaku czeka nas dość upierdliwe zejście po luźnych kamieniach przy sporej stromiźnie.

Obrazek

Raz na czas ktoś zalicza dupozjazd, raz na czas ktoś zaklnie. Koncentracja pełna, bo zabić się tu raczej nie można, ale uszkodzić jak najbardziej. Ze sporą ulgą dochodzimy do kosówki, która tym razem jawi się jako nasz sprzymierzeniec. Reszta szlaku już bez fajerwerków, choć trzeba cały czas uważać na wystające poucinane nierówno gałęzie kosówki. Mam wrażenie, że zejście było bardziej męczące niż podejście. O eksploatacji kolan już nie wspominając.

Obrazek

Obrazek

Dodatkowo często szliśmy w pełnym słońcu. Idąc z Darkiem zastanawialiśmy się czy ukraińscy przewodnicy zaskoczą nas jakimiś zimnymi browarami na dole. Nie zaskoczyli, a usta miałem spierzchnięte jak na pustyni i to nie Błędowskiej. Na dole obowiązkowa fotka przy gruzawiku i dalej w drogę powrotną.

Obrazek

Obrazek

Znowu zaliczyłem kilka strzałów gałęziami w potylicę, ale przetrwałem i w jakim takim zdrowiu dotarłem do „magazinu”. Tu wreszcie można było zwilżyć usta. Było pięknie. Gdyby nie obiadokolacja zabawilibyśmy tu dłużej. Po jedzeniu zaproponowałem jakieś małe spotkanie towarzyskie, bo jak na razie pod względem imprezowym przypominaliśmy bardziej obóz ministrantów niż zabawową grupę krakowskiego PTTK. W ciężkich bólach się to rodziło, ale w końcu się udało. Zebrała się całkiem spora ekipa. Można sobie było trochę pofolgować, bo w kolejnym dniu przejeżdżaliśmy do Polanicy, a w planach poza Skałami Dowbusza nie było żadnej górskiej eskapady…

Dzień IV

Rano po śniadaniu bierzemy zabawki i pakujemy do autokaru. Robię pamiątkowe zdjęcia hotelu w Starej Hucie w którym rezydowaliśmy.

Obrazek

Obrazek

Po drodze oglądamy ruiny zamku w Pniowie. Są ogromne, ale niestety w fatalnym stanie. Na Ukrainie nikt za bardzo nie dba o takie miejsca niestety.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Następnie przejeżdżamy do miejscowości Jaremcze robimy zakupy i podziwiamy ogromny wodospad Probij.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Po drodze obserwujemy wyczyny jakiegoś sokolnika, który niezłą kasę wyciągnął od moich znajomych za możliwość zrobienia zdjęcia z drapieżnymi ptaszyskami. Ile domasznej by za to było :) (taki żarcik).

Obrazek

Ostatnim etapem była wędrówka szlakiem turystycznym na terenie rezerwatu do tzw. Skał Dowbusza. Ich nazwa pochodzi od Oleksego Dowbusza – takiego trochę odpowiednika słowackiego Janosika czy też czeskiego Rumcajsa.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Wracamy do autokaru i zmierzamy już prosto do Polanicy. Pogoda tego dnia już miała się popsuć ale cały czas było całkiem słonecznie i ciepło.
Polanica okazała się być miasteczkiem na poziomie ze sporą ilością sklepów, hoteli i pensjonatów. Głównie chyba to jest tak urządzone pod narciarzy, ale i latem jest tu całkiem gwarno. Jak kładliśmy się spać miałem wrażenie, że krople deszczu uderzają w blaszany dach naszego hotelu. Być może było to tylko złudzenie, ale rano nie było już wątpliwości. Lało jak z cebra.

Dzień V

No cóż w górach nie zawsze jest tak, jakbyśmy sobie życzyli. Tak było też i tym razem. Nie wierzę w przesądy, ale 13 września 2017r. nie okazał się dla nas szczęśliwy. Prognozy od kilku dni mówiły o możliwym załamaniu pogody, ale wiadomo, że to nadzieja umiera ostatnia. Idąc na śniadanie byłem przekonany, że planowana na dziś Bliźnica – najwyższy szczyt pasma Świdowiec nie dojdzie do skutku. Przyznam, że postawiłbym na to nawet trochę pieniędzy. Deszcz, zero widoków i w dodatku zimno. Czy chodzenie po górach w takich warunkach ma sens ? Mocno wątpliwe. Jednak, gdy kończyliśmy jeść Prezes z dużym spokojem zakomunikował nam, że trzymamy się pierwotnego planu. Na sali rozległ się drobny szmer niedowierzania, ale decyzję przyjęliśmy do wiadomości. O ósmej siedzieliśmy już w autokarze odpowiednio wyekwipowani. Jedziemy do miejscowości Kwasy, choć większość naszej grupy wysiada w Jasieni, aby wspomóc się gruzawikami i znacznie skrócić sobie trasę. My jednak jesteśmy twardzi i konsekwentnie jedziemy do Kwasów. Zostało nas kilkanaście osób. Rozpoczynamy długie i mozolne podejście. Grupka szybko się poszarpała. Zdjęć nawet nie ma co robić bo widoki żadne. Próbuję dokumentować tylko najbliższe obiekty, aby cokolwiek zostało z tego dnia.

Obrazek

Obrazek

Już wiem, że popełniłem jeden wielki błąd bo nie wziąłem stuptutów. Goretex w butach mi raczej nie pomoże skoro woda wcieknie mi do nich górą po spodniach. Tak też się stało gdzieś po 3 godzinach marszu. Szlak cały czas pnie się do góry. Na grani jest tak zimno, że z przerażeniem myślę o zatrzymaniu się choć na chwilę. Skostniałe dłonie trzymam w rękawach kurtki. Rękawiczki przemokły mi po niespełna pół godzinie. Momentami zamiast deszczu z chmur lecą kryształki lodu. Lewą część twarzy i lewą powiekę mam praktycznie zdrętwiałą. Z ulgą razem z Darkiem i Grześkiem docieramy w końcu na szczyt, ale do miejsca, gdzie można by się choć trochę ogrzać mamy jeszcze dobrych kilka kilometrów.

Obrazek

Obrazek

Schodzenie stromym, błotnistym zboczem z Bliźnicy do najprzyjemniejszych nie należy. Kijki tym razem mi nie pomogą, bo chyba przymarzłyby mi do dłoni. Są przytroczone do plecaka i tak już zostanie do końca dnia. Kiedy zza mgły i chmur wyłoniły się pierwsze budynki wioski narciarskiej poczułem dużą ulgę. Jesteśmy uratowani !

Obrazek

Znalezienie miejsca, gdzie można by coś zjeść i napić się czegoś gorącego nie było jednak wcale takie proste. W końcu jednak się udaje. Zamawiamy herbatę góralską i coś ciepłego do jedzenia. Cały czas jednak trzęsę się z zimna. Właściwie to nie mam na sobie już żadnej suchej nitki i niestety nic do przebrania. Jedyny pozytyw jest taki, że chmury zaczynają się wypiętrzać i zaczynamy wreszcie cokolwiek widzieć. Miejscowi mówią nam, że do Jasienii mamy stąd 14 km. Właściwie to już nie ma znaczenie. Chcę tylko jak najszybciej wyruszyć by trochę rozruszać zziębnięte członki. Po drodze wreszcie coś zaczyna być widać.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Jeszcze szybkie piwo w spożywczaku w wiosce i z satysfakcją wymęczeni ale i szczęśliwi wsiadamy do autokaru. Nie był to łatwy dzień, ale jak ktoś kiedyś powiedział aby docenić dobre warunki w górach trzeba czasem zakosztować takich właśnie „przyjemności” jak te dzisiejsze. Wieczorem małe święto bo kilka osób skompletowało właśnie Koronę Beskidów. Siedzimy, pijemy i rozmawiamy. O dziwo nikt nie kaszle, nikt nie smarka. Jesteśmy twardzielami :). Alkoholem raczę się jednak tego wieczoru bardzo umiarkowanie, bo pojawiła się szansa na Howerlę następnego dnia. A to byłaby prawdziwa wisienka na całkiem już smacznym i okazałym torcie. Wracam dość wcześnie do pokoju i trafiam nawet na końcówkę meczu LM Szachtar – Napoli. Jutro nie będzie łatwo, bo buty totalnie przemoczone, ale to w końcu Howerla… najwyższy szczyt Ukrainy i całych Beskidów.

Dzień VI

Jest 14 września a.d. 2017. Budzę się w miarę wyspany – zjawisko dosyć rzadkie na zorganizowanych wyjazdach. Wychodzę na balkon, jest zimno i wieje chłodny wiatr. Oglądam moje buty. Nie rokują, ale nie mam wyjścia. Staram się jak najdalej odwlec w czasie moment założenia ich na stopy. Przy śniadaniu Gienek (Prezes) informuje nas, że ta dzisiejsza Howerla to jeszcze wcale nie jest taka przesądzona. Wszystko uwarunkowane jest wypłatą z bankomatu pieniędzy na wstępy do Karpackiego Parku Narodowego. Na szczęście udaje się i pół godziny po śniadaniu siedzimy już w autokarze, który ma nas zawieźć do Zaroślaka. Cały czas mam na nogach sandały. Jedziemy najpierw asfaltową drogą, potem drogą asfaltową z dziurami a na końcu drogą szutrową. Zajmuje to nam ponad godzinę. Zatrzymujemy się na parkingu, a obok nas bus z PTTK Rzeszów. Mam wrażenie, że gdzieś mignął mi Sasza, ale nie zdążyłem z nim zamienić nawet słowa.

Obrazek

Obrazek

Ruszamy do góry. Grupa mocno się rozciąga. Właściwie to każdy idzie jak chce. Na Howerlę można dotrzeć szlakiem niebieskim, lub nieco łagodniejszym szlakiem zielonym. Ja wybieram niebieski. Krótko i na temat. Mimo przemoczonych butów idzie mi się dobrze, można by rzec, że rozkręcam się z dnia na dzień :).

Obrazek

Obrazek

Z każdym kolejnym metrem wzmaga się wiatr. Przed finalnym podejściem bez kurtki już nie da rady.

Obrazek

Obrazek

Wejście na Howerlę zajęło nam jakieś 2,5 godziny. Miło jest w końcu stanąć po raz pierwszy w życiu na najwyższym szczycie Ukrainy, który jest równocześnie najwyższą kumulacją w całych Beskidach. Widoki powalają, jest kapitalna przejrzystość powietrza. Tym razem mamy mnóstwo szczęścia. Jedyne co przeszkadza to wichura , która powoduje, że trzeba się mocno trzymać na nogach.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Howerla okazała się miejscem, gdzie spotkałem więcej znajomych jak na krakowskim rynku. Ktoś zagaduje znienacka. Okazuje się, że to Andrzej z którym poznaliśmy się podczas październikowego wyjazdu do Rumunii z PTTK Rzeszów przed czterema laty. Chwilę później jakaś kobieta rzuca „cześć Wojtek”. Okazuje się, że to Ania z Podlasia, którą poznałem na innym wyjeździe w Rumunii w 2013 roku. Tym razem też przyjechała z rzeszowskim PTTK. A grupę prowadzi oczywiście nieprzeciętny Sasza. Rozmawiamy chwilę, ale wkrótce muszę się zbierać. Okazało się, że robimy wersję wydłużoną, idziemy granią a następnie schodzimy do Niesamowitego Jeziorka. Trasa jest piękna widokowo, bardzo przestrzenna, ale całkiem długa. Pokonujemy też kolejne metry w pionie. Cały czas wieje huraganowy wiatr, który powoduje, że kurtki wyglądają na nas jak nadmuchane balony. Howerla prezentuje się stąd majestatycznie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na koniec ostrzejsze zejście i jestem przy Jeziorku Niesamowitym. Nie wiem czy takie ono niesamowite, porównując chociażby z Zielonym Plesem na Słowacji, ale to całkiem przyjemne i zaciszne miejsce.

Obrazek

Obrazek

Wreszcie tutaj jest chwila czasu aby wchłonąć skrywaną w czeluściach plecaka konserwę. Jednak nie mogłem się jakoś super wygodnie rozsiadać bo okazało się, że czas mamy taki sobie i trzeba będzie na koniec mocniej depnąć. Przypomniał mi się ostatni dzień w Bułgarii w 2014r. Tym razem jednak okazało się, że ta odległość nie była aż taka szczególna.

Obrazek

Obrazek

Przyspieszyliśmy i spokojnie urwaliśmy godzinę z tabliczek na szlaku. Był jeszcze czas na piwo na parkingu. Smakowało, mimo przenikliwego, zimnego wiatru. To był ostatni górski dzień na tym wyjeździe. Dobrze, że zakończył się takim mocnym akcentem. Po kolacji zamieniam kilka zdań z Anią z Białegostoku – stara znajomą, która przyjechała tu z PTTK Rzeszów. I kiedy wydawało się, że została już tylko grupowa impreza pożegnalna, okazało się, że wszyscy grzecznie zaczęli się rozchodzić do swoich pokoi. Dziwne, bo te końcowe imprezy to była swoista tradycja wyjazdów z krakowskim PTTK. No cóż, czasy się zmieniają, ludzie też. Nie zawsze idzie to w dobrym kierunku. Wypiliśmy z Pawłem jakieś symboliczne piwo i poszliśmy spać. Było słychać, że w mniejszych gronach odbywają się jakieś posiadówki, ale to już nie miało dla nas żadnego znaczenia.

Dzień VII

I tydzień zleciał jak z bicza strzelił. Wszystko co dobre szybko się kończy. Na koniec zostało nam zwiedzanie Drohobycza. W zasadzie to ze względu na kiepski czas był to bieg po mieście, podczas którego usiłowaliśmy jak najwięcej zobaczyć i sfotografować.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Na granicy ja zawsze trzeba było swoje odbębnić. W Krakowie byliśmy koło 23, więc bardzo przyzwoicie. W dodatku weekend był dopiero przed nami. Świetny układ, że nie trzeba było na drugi dzień iść do pracy. Tu duży plus dla organizatorów. Generalnie wyjazd pod względem górskim kapitalny. Poza Bliźnicą mieliśmy świetną - praktycznie letnią pogodę. Pod względem towarzyskim nie da się jednak ukryć, że lepiej było w 2016 roku, kiedy praktycznie codziennie imprezowaliśmy. Zabrakło też kilku osób, które wtedy ciągnęły tamten wyjazd towarzysko. Ale jestem zadowolony. Udało się ponownie zobaczyć kawał Ukraińskich Karpat w zacnym górskim towarzystwie. Pewnie w tym roku spotkamy się ponownie. Kolejny wyjazd na Ukrainę z Hutniczym Oddziałem PTTK z Krakowa już w połowie czerwca.

Z górskimi pozdrowieniami.

Wojtek

_________________
Góry mogą zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi gór.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt lut 20, 2018 7:39 pm 
Stracony

Dołączył(a): Pn lut 11, 2013 4:09 pm
Posty: 9861
Lokalizacja: FCZ
Inspirujesz Wojtek :!:

_________________
NIE MA LEPSZEGO OD MIĘGUSZA WIELKIEGO!


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr lut 21, 2018 9:50 am 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr sie 31, 2005 7:05 am
Posty: 1545
Lokalizacja: Brzozówka k. Krakowa
prof.Kiełbasa napisał(a):
Inspirujesz Wojtek :!:


Dzięki. Czytałem Twoją relację z Howerli, więc zdarza nam się deptać te same ścieżki i spożywać te same trunki :).
Bardzo polecam Gorgany - piękne góry i puste. Na Howerlę jednak walą tłumy jak na ukraińskie warunki.
Świdowiec ponoć tez ładny, ale niewiele widziałem :).

_________________
Góry mogą zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi gór.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr lut 21, 2018 11:02 am 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr lip 12, 2017 7:32 am
Posty: 3541
Byłam dzieckiem to mój tato jeździł ziłem :)
Fajne to Twoje wycieczkowanie! Tu takie nasze Karkonosze, Stołowe i Bieszczady w jednej wyprawie miałeś.
PS. Wydaje mi się, że podobnie jak ja - kiedy Ci robią zdjęcie nie wiesz co z rękami zrobić :mrgreen:

_________________
Urodziłeś się, by być prawdziwym, a nie perfekcyjnym.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr lut 21, 2018 4:29 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr sie 31, 2005 7:05 am
Posty: 1545
Lokalizacja: Brzozówka k. Krakowa
Redemption MM napisał(a):
Fajne to Twoje wycieczkowanie! Tu takie nasze Karkonosze, Stołowe i Bieszczady w jednej wyprawie miałeś


Trochę tak, ale mam wrażenie, że Howerla jak i cała Czarnohora trochę wymykają się wszelkim klasyfikacjom - tak jak u nas Babia Góra. Generalnie większość Ukraińskich Karpat chyba najbardziej przypomina nasze Bieszczady, tylko są dużo rozleglejsze.

Redemption MM napisał(a):
PS. Wydaje mi się, że podobnie jak ja - kiedy Ci robią zdjęcie nie wiesz co z rękami zrobić :mrgreen:


Bo cała koncentracja idzie na wciąganie brzucha :).

_________________
Góry mogą zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi gór.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn lut 26, 2018 6:04 pm 
Nowy

Dołączył(a): N wrz 29, 2013 12:34 pm
Posty: 9
Się Działo Wojciech jak zawsze... w pozytywnym słowa tego znaczeniu, Howerla, Sywula piękne szczyty, super pogoda i towarzystwo, ale ta Bliźnica i Hotel Swoboda i duża swoboda, gruzawik... bezcenne :D


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt lut 27, 2018 9:26 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr sie 31, 2005 7:05 am
Posty: 1545
Lokalizacja: Brzozówka k. Krakowa
pablojabbar napisał(a):
ale ta Bliźnica


Bliźnica do poprawki.

W tym roku Ukraina jest od 14 do 21 czerwca. Jak chcesz jechać to musisz się pospieszyć z zapisem bo ponoć miejsca się kończą. W ostateczności można "liczyć"na tych co im się odwidzi w ostatniej chwili :).

_________________
Góry mogą zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi gór.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz mar 08, 2018 9:03 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 11, 2011 9:25 pm
Posty: 1201
Lokalizacja: W-wa
drogi kolego, łyknęłam właśnie twoje 4 ostatnie relacje, pisz! - ja zawsze czytam

Obrazek

:D

_________________
Nutko moja
https://www.youtube.com/user/1999szakal/playlists


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn mar 12, 2018 3:49 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr sie 31, 2005 7:05 am
Posty: 1545
Lokalizacja: Brzozówka k. Krakowa
anke napisał(a):
drogi kolego, łyknęłam właśnie twoje 4 ostatnie relacje, pisz! - ja zawsze czytam


Dzięki :). Jeszcze będziesz miała dość moich relacji.

Dwie następne mam napisane - w tym zbiorcza za 2017 rok.
Teraz tylko linkowanie zdjęć - jedno z bardziej mozolnych zajęć :(.

_________________
Góry mogą zastąpić wiele leków, ale żaden lek nie zastąpi gór.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 9 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Polityka prywatności i ciasteczka
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL