Forum portalu turystyka-gorska.pl

Wszystko o górach
relacje na mapie
Regulamin forum


Teraz jest Wt gru 18, 2018 4:38 pm

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 5 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Pn paź 01, 2018 6:41 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Wybaczcie niskiej jakości zdjęcia, ale robione telefonem, często w duzym zacienieniu, gdzie trudniej złapać właściwą ostrość.


Z początkowych planów na długi urlop w 2018 roku pozostał tylko termin, bo niestety ani destynacja, ani ekipa się nie uchowała. Tym samym trzeba było jakoś zagospodarować zaplanowane i wzięte na drugi i trzeci tydzień września dwa tygodnie urlopu. Pierwszy z nich postanowiłem spędzić wraz z kolegą na niemieckiej Frankenjurze, gdzie jeszcze jak dotąd się nie wspinałem.

Wyruszyliśmy w drogę w niedzielę po południu, by na mejscu zameldować się równiutko po pięciu godzinach jazdy (i dwóch przystankach po drodze). Naszą bazą wypadową został camping w miejscowości Freienfels, który kusi przede wszystkim niską ceną za osobonoc. Nasz koszt noclegu wyniósł ok 7 eur za osobnoc. Freienfels znajduje się w zasadzie w samym centrum Frankenjury, więc w którymkolwiek kierunku byśmy nie pojechali i tak będziemy mieć blisko w skały.


10.09.2018

Poniedziałek budzi mnie przenikliwym chłodem. Noce nie są już niestety tak ciepłe jak jeszcze dwa tygodnie wcześniej. Po śniadaniu analizujemy mapę oraz pzewodnik i decydujemy, że naszym pierwszym celem bedzie region Schlossbergwand, nieopodal miejscowości Gosswenstein w zakolu rzeki Wiesent. Aron zna już to miejsce bo był tu przed dwoma laty. Zostawiamy auto na parkingu przy drewnianym mostku skąd stromym podejściem podchodzimy pod skałę. Tutaj spotykamy tylko parę Brytyjczyków. On jest Szkotem, ona Angielką (albo na odwrót) i podróżują przez całą Europę z przystankami na krótkie wspinanie. Ich miejscem docelowym ma być Omiś albo Osp, ale póki co zostają we Franken. I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to, że oboje mają już sześćdziesiątkę na karku.

Obrazek
Omszałe kamienne schodki prowadzące na miejsce. Klimat jak z Władcy Pierścieni ;-)

Na rozgrzewkę wstawiamy się w drogę Fuchsschwanz (6-). Aron idzie pierwszy i zostawia mi wędkę, bo nie wspinałem się przynajmniej od dwóch miesięcy, a ponadto dzień wcześniej dopiero co skończyłem okres nieco bardziej wytężonej pracy fizycznej, która odcisnęła swoje piętno i ogólnie nie czuję, żebym był w najwyższej formie. Droga ta jednak nie stanowi większego problemu, dlatego po przejściu przechodzimy na sąsiednią Alfrankischer (5+), która mimo niższej wyceny okazuje się być dużo trudniejsza. Aron idzie pierwszy, ale tym razem nie zostawia wędki. Idę z dołem. Ostrzega, aby powyżej trzeciej wpinki zachować czujność. Trudność drogi polega na tym, że trzecia i czwarta wpinka są oddalone od siebie o ok 3m w dość nieprzyjemnym i, jak dla mnie trudnym fragmencie. Finał jest taki, że przy pierwszym podejściu odpadam na wysokości czwartej wpinki, ale bez założenia przelotu. Oznacza to nie mniej nie więcej jak ok 5-metrowy lot. Druga próba kończy się nieco lepiej, bo już tylko 3-metrowym lotem – głowa już nie puszcza.

Obrazek
Aron pod Danny De Vito.

W międzyczasie Aron patentuje i wstawia się w przewieszoną drogę Danny De Vito (8+). Niestety jak się okazuje, pierwsze, patentowe przejście na świeżości daje najlepszy efekt. Potem nie udaje już się niestety powtórzyć drogi w RP, ale przynajmniej wie, że ma po co jeszcze tutaj wracać ;) Ja na koniec próbuję jeszcze raz zmierzyć się z Alfrankischerem, ale głowa już kompletnie zablokowana, więc mimo zastosowania nieco innego patentu, nie udaje mi się zrobić tej nieszczęsnej wpinki. W efekcie wchodzę na skałę od tyłu, robię stan na drzewie i zjeżdżam w linii drogi, żeby pozbierać ekspresy. No cóż, pierwszy dzień niestety nie przyniósł spektakularnych sukcesów.

Popołudnie i wieczór mijają leniwie na zakupach w markecie, a potem na kuchenkowo-biwakowym obiedzie na campingu z nadziejami, że następny dzień przyniesie nam więcej sukcesów.


11.09.2018

Noc z poniedziałku na wtorek jest już chyba nieco cieplejsza albo po prostu to ja lepiej zapakowałem się w śpiwór i cieplej ubrałem. Tak czy siak, poranek wita nas promieniami słońca wpadającymi do namiotu. Wybraliśmy idealne miejce na samym końcu campingu, gdzie w pierwszej kolejności docierają promienie słońca, ogrzewając okolicę. Dlatego w słońcu jemy śniadanie i ogarniamy się, a zanim wyjedziemy z campingu to słońce wciąż nie obejmie swoim zasięgiem całego campa.

Plan na wtorek zakłada parking w tym samym miejscu co dnia poprzedniego, ale podejście nieco dalej i wyżej w kierunku Obere Schlossbergwand. Ponieważ znamy już drogę (i pojawiające się w jej trakcie objazdy i inne sztuczki), na miejsce docieramy nieco szybciej. Miejsce znów jest niemal w całości puste. Spotykamy tylko trójkę Niemców, z których jeden zagaja do nas po polsku. Okazuje się, że urodził się w Polsce, ale w młodości wyjechał do Niemiec.

Na rozgrzewkę robimy trzy piątkowe drogi skrajnie po prawej stronie skały: Ernesto Kanibalo (5-), Ernesto Direkt (5+) oraz Kleinen Konig Kallenwirsch (5). Pierwsze dwie przechodzę OS-em czując, że powolutku zaczynam czuć skałę i wracać do formy. Przy trzeciej z dróg mam moment zawahania, ale ostatecznie też puszcza, choć już nie w tak czystym stylu.

Po tej dość długiej i wyczerpującej jednak rozgrzewce udajemy się w kierunku przeciwległego końca skały, gdzie Aron pokazuje mi drogę Harry Potter (7-), którą patentował sobie podczas poprzedniego wyjazdu. Droga wygląda fajnie, boulderowo, czyli tak jak lubię. Poznany wcześniej Niemco-Polak patentuje ją sobie na naszych oczach. Trochę go podglądam, godząc się na to, że przejście, jeśli puści, nie będzie czystym OS-em po czym próbuję się wstawić. Początek nie jest trudny i dość sprawnie robię pierwsze dwie wpinki. Potem jednak za mocno idę w kierunku, jak droga potencjalnie puszcza i wychodzę za mocno w lewo. Próba strawersowania do prawej i powrotu do linii drogi kończy się lotem.

Obrazek
Na prawo od Harry'ego Pottera. W oddali Niemcy katujący swój projekt za 7-.

Potem swoją próbę podejmuje Aron, który drogę zna i to widać. Przechodzi ją czysto i zachęca mnie do podjęcia kolejnej próby. Po krótkim odpoczynku próbuję ponownie, ale okazuje się, że brakuje mi już sił w rękach i wygląda na to, że moje pierwsze frankońskie 7- jeszcze nie padnie. Druga próba kończy się nawet gorzej niż pierwsza, bo już przy drugiej wpince walczę o życie. Daję sobie spokój i niedługo potem wracamy na camping.


12.09.2018

W środę wreszcie decydujemy się na coś nowego, również dla Arona. Szukaliśmy regionów relatywnie blisko o niewysokich, ale technicznych drogach. Raczej baldowych, niż płytowych, w bezpośredniej bliskości miasteczka Bamberg, do którego chcemy podjechać po południu, aby zaznać nieco chillu. Ostatecznie naszym celem staje się region Herzogenreutherwand w pobliżu miejscowości o tej samej nazwie (Herzogenreuth). Zostawiamy auto w środku wioski w zatoczce, która, mamy nadzieję, posłuży nam za bezpłatny parking, gdzie po powrocie znajdziemy nasze auto ze wszystkim przykręconymi kołami. Początkowo ruszamy w dół wąwozu, ale po około 20 minutach dociera do nas, że pobłądziliśmy. W drodze powrotnej widzimy wyżej, u szczytu wąwozu jakieś skałki, które potencjalnie mogą być naszym celem. Wracamy więc do punktu wyjścia i obieramy inną drogę. Tym razem idziemy granicą lasu, zostawiając wąwóz po lewej stronie. Przez mały zagajnik wychodzimy na pole i idziemy granicą lasu. Wreszcie znajdujemy wyraźną ścieżkę, która z pola wprowadza do lasu i po dosłownie pięciu minutach znajdujemy naszą skałkę. A w zasadzie to dwie, bo to dwa oddalone od siebie o 3 minuty drogi sektory.

Pierwszy to Herzogenreuther finding, który stanowić może raczej poligon szkoleniowy dla stawiających dopiero swoje pierwsze drogi we wspinaczce. To niewielka skałka, na której poprowadzono sześć (nienazwanych jeszcze) dróg. Jedną trójkową, jedną czwórkową, trzy piątkowe (od 5-, przez 5 i 5+) i jedną szóstkową. Początkowo tutaj zostajemy, bo wydaje się to być dobrym miejscem, żeby się rozgrzać. Przechodzimy wszystkie drogi z wyjątkiem trójkowej i szóstkowej. Wszystkie robię jako pierwszy, więc z jednym wyjątkiem wpadają mi kolejne, dość mało ambitne onsajty ;) Po tej znów dość intensywnej rozgrzewce przenosimy się pod właściwą skałkę – Herzogenreutherwand, będącej turnią która przechyla się nieco w kierunku zbocza, oferując tym samym drogi od połogowych, po przewieszone. Skałka jest wyższa (ok 15m) więc i wspinanie tam jest bardziej wyczerpujące.

Aron jako pierwszy znajduje dla siebie cel na popołudnie i patentuje Azanię (8). Droga prowadzi raczej pionem, ale po dość gładkiej płycie, gdzie trzeba czujnie i uważnie wyszukiwać chwytów. To bardziej wspinanie po krawądkach, niż po charakterystycznych dla wapienia dziurkach. Zanim jednak Aron będzie patentował, wchodzi na skałkę od drugiej strony, dochodzi do ringa zjazdowego i buduje tam stanowisko, dzięki czemu patentowanie jest mniej psychiczne. Azania w patencie pada za pierwszym razem i wyglada na naprawdę ciekawą drogę.

Obrazek Obrazek
Na wprost widziana linia Azanii po płycie, nieco na prawo widać Daniel Steig R1 prowadzącą systemem rys, najpierw poprzecznych, skośnych, a potem pionowych.

Ja tymczasem znajduję sobie drogę po sąsiedzku z Azanią – jest nią Daniel Steig R1, wyceniona na 6+. Droga ta oferuje niemal w całości wspinanie w rysach. Początkowo małym przewieszeniu, gdzie rysa jest dość szeroka i wygodna, pozwalająca na wkładanie w nią całych dłoni, po zwężającą się ku górze w zacięciu. Korzystam z wędki założonej przez Arona na sąsiedniej drodze i rozpoczynam. Pierwsze dwa przeloty są dość wyczerpujące fizycznie, ale po wyjściu na małą półeczkę jest moment żeby odpocząć. Potem rysa się zwęża, ale z minimalnej przewieszki robi się jakby nawet minimalny połóg, więc wspinanie z siłowego staje się bardziej techniczne. Szczególnie zapamiętuję jedno przewinięcie, gdzie używam już wąziutkiej tylko rysy bardziej chyba dla spokoju głowy bo i tak jest ona tam tak płytka i wąska, że palce wchodzą co najwyżej na pół długości paznokcia. Dalej wychodzę na kolejną półkę, gdzie jest miejsce na odpoczynek i potem już łatwym terenem do stanowiska.

Z perspektywy czasu nieco żałuję, że skorzystałem z wędki, bo droga wcale nie była trudna i wydaje mi się, że spokojnie była nawet dla mnie do zrobienia OS-em, choć być może wędka chłodząca głowę okazała się tu kluczowa. No nic, Daniel Steig musi paść RP podczas następnego przyjazdu ;) Na koniec Aron raz jeszcze ponawia przejście Azanii, już dużo pewniej po czym demontuje stanowisko. Na dziś to koniec, skoro chcemy jeszcze podjechać do Bamberga.

Obrazek
Najtrudniejsze drogi na Herzogenreutherwand prowadzą widocznym, niemal zupełnie gładkim przewieszeniem.

Szybki przepak, dojście do auta i po dosłownie kilkunastu minutach już parkujemy w samym centrum Bambergu, które okazuje się niezwykle urokliwym miasteczkiem. Miasto to, czego dowiadujemy się z sieci, jest kolebką prawdziwego bawarskiego browarnictwa, gdzie warzono (i nadal warzy się) piwo zgodnie z bawarskim prawem czystości, w ramach którego w skład piwa nie mogą wchodzić żadne inne składniki poza wodą, słodem, drożdżami i chmielem. W mieście działa dziewięć zabytkowych browarów, a prawdziwym hitem jest piwo na słodzie żytnim, wędzonym na opalanym bukowym drewnie, które nietrudno znaleźć we frankońskich lasach i którego cień towarzyszy nam w skałach podczas wspinaczki. Jeszcze 10 lat temu to brzmiało jako jakiś kompletny piwny odjazd, ale dziś, w obliczu piwnej rewolucji, piwa dymione i wędzone nie robią już takiego wrażenia jak kiedyś. Co ciekawe, piwa wędzone w Polsce również były znane od dawien dawna, a styl ten, zwany grodziskim w polskim piwowarstwie występuje od średniowiecza.

Obrazek
Kanały w Bambergu, widziane z jednego z mostów.

Obrazek
Freski na elewacji, Bamberg.


13.09.2018

Ta noc, do innych jest niepodobna, jak śpiewała Kora Jackowska w jednym ze swoich przebojów. Dlaczego? Otóż tej nocy po raz pierwszy podczas naszego pobytu na Franken, spadł deszcz, który słyszeliśmy leżąc w namiocie. Aczkolwiek czwartek budzi nas znów promieniami słońca. Choć po wyściubieniu nosa z namiotu widzimy, że taki stan rzeczy nie potrwa długo. Niebo jest dość szczelne zasnute chmurami, więc zapewne gdy tylko słońce znajdzie się wyżej na widnokręgu, schowa się za pochmurną pierzynką. Nie tracąc zatem czasu zbieramy się. Jemy śniadanie i przede wszystkim pakujemy się w drogę powrotną. Czwartek jest bowiem naszym ostatnim dniem spędzonym we Frankenjurze. Tego dnia w godzinach popołudniowych zaplanowaliśmy sobie podróż powrotną.

Zanim zjemy śniadanie, spakujemy bety i ruszymy w drogę w poszukiwaniu miejsca do wspinania, spełnią się poranne przewidywania i słońce schowa się za chmurami. Ponieważ w drodze powrotnej chcemy jeszcze odwiedzić piwny sklep w Pottenstein, skąd już udamy się w kierunku autostrady do Polski, szukamy tam blisko wspinaczkowej miejscówki. Nasz wybór pada na Stadelhofener Dunkelkammer, rejonu położonego niedaleko Stadelhofen, które z kolei od Pottenstein jest oddalone o zaledwie 10 km i 12 minut drogi.

Zostawiamy auto na poboczu drogi prowadzącej ze Stadelhofen do Prugeldorfu i udajemy się do pobliskiego lasu na poszukiwanie formacji skalnych, w których chcemy się wspinać. Dość szybko znajdujemy pierwszy z sektorów – Vordere Dunkelkammer, który jednak nie oferuje nadzwyczaj ciekawych dróg. Nieopodal jednak znajdujemy właściwy sektor, który składa się jakby z dwóch skalnych wrót i bramy pośrodku nich. Lewe wrota są znacznie niższe, około 8-metrowe i charakteryzują się drogami o charakterze boulderowym, z mocno przewieszonym początkiem w okapie. Okap ten może stanowić też ciekawą opcję awaryjnego biwaku, bo jest dość głęboki i na tyle wysoki, że można się tam wygodnie rozłożyć na materacu w śpiworze. Zakres trudności w lewych wrotach mieści się między 6+, a 8+.

Obrazek
Charakterystyczne skalne wrota i brama Stadelhofener Dunkelkammer.

Prawe skrzydło zaś to drogi znacznie wyższe, ok 12 metrowe, bogate w drogi o nieco wyższych trudnościach, od 7- nawet do 10. Nie ma tu okapów, a drogi to raczej techniczne wspinanie w płytach i niewielkich dziurkach. W tychże dziurkach znajdujemy siedliska różnych zwierząt, w tym dość egzotycznie i złowrogo wyglądających pająków a ponadto zaczyna padać, dlatego w czwartek już sobie wspinanie odpuszczamy. Miejscówkę mamy jednak obcykaną i wygląda na to, że chętnie tu wrócimy. Być może jeszcze w tym roku.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn paź 01, 2018 7:44 pm 
Przypadek beznadziejny
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Śr maja 09, 2012 2:17 pm
Posty: 2961
Lokalizacja: Kraków
Fenomen napisał(a):
Aron pod Danny De Vito.

Fajna i treściwa droga. Dla mnie to bardziej 7B niż 7A(+).

Fenomen napisał(a):
Schlossbergwand

W tym rejonie są super 8-mki bardziej w głębi. Same z gwiazdkami.
ATC (Air Traffic Control)
I Hired a Contract Driller
i chyba jeszcze jedna, ale nazwy nie pamiętam

Fenomen napisał(a):
Noce nie są już niestety tak ciepłe jak jeszcze dwa tygodnie wcześniej.

Ja spałem tydzień czy dwa po was pod gołym niebiem w śpiworku i było super :mrgreen:

Franken zawsze super. Dla mnie to świetne miejsce do wspinania. Tyle rejonów, tyle pieknej skały ukrytej w ciemnych frankońskich lasach... Tylko prawda jest taka, że 3 dni wspinania pod rząd to masakra! W tym roku zrobiłem nawet 4 dni pod rząd, ale generalnie później to już była katorga... No, ale nie ma co narzekać tylko się wspinać ;-)

_________________
blog | 500px

"W warunkach normalnych najwięcej pomaga technika. Natomiast w sytuacjach wyjątkowych najważniejszy jest hart ducha." - Walter Bonatti


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt paź 02, 2018 9:43 am 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz sty 13, 2005 2:03 pm
Posty: 9755
Lokalizacja: Poznań
Na Schlossbergwand trzeba było jeszcze spróbować Alfa i Kraftwerk. Obie dość ładne.

_________________
Tatrzańskie szlaki


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: N paź 21, 2018 4:36 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
12.10.2018

Jak się okazało, wrześniowy wypad na Frankenjurę wcale nie okazał się ostatnim w tym sezonie. I tak w piątek wieczorem dotarliśmy czteroosobową ekipą do wynajętego domku w miejscowości Doos bei Waischenfeld niedaleko Muggendorfu. Tym razem do mnie i do Arona dołączył Rafał, który użyczył też auta oraz Wojtek zwany Przecierem. Planem na ten weekend było przede wszystkim wyczyszczenie pootwieranych podczas ostatniego pobytu projektów, a dla Rafała i Wojtka miał to być wyjazd zapoznawczy z Frankenjurą.


13.10.2018

A skoro mowa o czyszczeniu projektów, to nie mogło być inaczej, ale w sobotę udajemy się do Herzogenreuth, gdzie Rafał z Wojtkiem zapoznają się ze skałką Herzogenreuther finding, a my skorzystamy z okazji, żeby się trochę rozgrzać. Tym razem skutecznie i szybko docieramy do Herzogenreuth. Już wiemy, gdzie zostawić auto i jaką drogą udać się pod skałę. Szybko docieramy na miejsce i okazuje się, że mimo weekendu, jesteśmy tam sami. Przechodzimy wybrane czwórkowe i piątkowe drogi na Herzogenreuther findig, po czym mierzymy się z jedyną szóstkową tam drogą o nazwie Wulst. Pierwszy przechodzi nią Aron, potem Wojtek i Rafał, któremu jest nieco łatwiej, bo jest trochę wyższy i dalekie przechwyty nie stanowią dla niego aż takiego problemu. Na koniec wstawiam się w drogę i również się z nią mierzę. Nie okazuje się wcale aż tak trudna. Dla mnie osobiście jest podobnej trudności co piątka z okapem po lewej stronie. Po wyjściu przewiązuję się, zbieram szpej i lecimy na Herzogenreuther Wand, gdzie na Arona czeka Azania (8), a na mnie Danielsteig (6+).

Obrazek Obrazek
Rafał asekuruje mnie na którejś z dróg na Herzogenreuther findig (fot. Przecier) | Wyjście z okapu na piątkowej drodze na Herzogenreuther findig (fot. Przecier)

Obrazek
Aron na piątkowej drodze z okapem na Herzogenreuther findig.

Podobnie jak miesiąc temu, tak i teraz Aron wchodzi na wierzchołek turni od tyłu i zakłada wędkę na Azanii, a podczas zjazdu rozwiesza mi ekspresy na Danielsteig. Ja w międzyczasie uznaję, że jestem gotów, by zmierzyć się z Danielsteig, która tak mi się spodobała poprzednim razem. Ponieważ przeszedłem ją wtedy na wędkę, tym razem od razu decyduję się na przejście z dołem. Na szczęście pamiętam ogólny układ drogi, więc dość sprawnie robię pierwszą, jak i drugą wpinkę. Dopiero po wyjściu z niej mam drobne problemy, bo skała, mam wrażenie, jest dużo bardziej wyślizgana niż przed miesiącem. Wygrzebuję się jednak z tego nieprzyjemnego miejsca i wchodzę na pierwszą półkę skalną. Tu chwilę odpoczywam i ruszam dalej rysą do góry, robiąc dwie kolejne wpiny. Tym razem cruxa, którego zapamiętałem z poprzedniej próby rozwiązuję inaczej, co kosztuje mnie mniej sił. Mimo wszystko jednak czuję, że pot leje się ze mnie strumieniami. Słońce mocno bowiem operuje w ten fragment skały. Po krótkim odpoczynku na drugiej półce wychodzę do góry i już bez trudności dochodzę do bardzo dużej i wygodnej półki dosłownie półtora metra pod stanowiskiem. Tu znów robię krótki odpoczynek i po chwili wpinam linę w karabinek w stanowisku, kończąc drogę.
Zaraz po mnie w drogę wstawia się Rafał, który jednak prosi, aby na swoje pierwsze przejście zostawić mu wędkę. Pokonuje ją zaskakująco sprawnie, a w międzyczasie jak łapię Arona na Azanii, również Wojtek podejmuje próbę przejścia Danielsteig. Też na wędkę, ale też w jego przypadku przejście kończy się sukcesem. Na sam koniec zaś Rafał przechodzi jeszcze tę drogę z dołem, bijąc tym samym swoją życiówkę.

Obrazek
Herzogenreuther Wand widziane z perspektywy hamaka przy użyciu Rybiego Oka ;) (fot. Przecier)

Obrazek
Przecier na Danielsteig.

Tymczasem Aron walczy na Azanii, ale choć większą część trasy ma już opatentowaną, jedno miejsce bardzo długo mu się opiera. Wyraźnie napisane w przewodniku, aby nie uciekać do rysy, stanowi nie lada zagadkę dla wspinacza. Finał jest taki, że Aron nie znajduje patentu na ten fragment, co oznacza, że Azania musi jeszcze trochę poczekać, zanim mu się podda. Po zejściu Aron przechodzi jeszcze Danielsteig, dokładając ją do swojej kolekcji zaliczonych dróg i w zasadzie na tym kończymy wspinanie w tym dniu. Na koniec udajemy się wszyscy na wierzchołek turni i kontemplujemy tu przez chwilę widoki na okolicę po czym wracamy do auta, ogarniamy zakupy po drodze i wracamy do domku. Tam odnajdujemy grilla i przygotowujemy sobie prawdziwą ucztę na kolację. Tak, aby mieć siły na wspinanie jeszcze w niedzielę.

Obrazek
Aron patentujący Azanię (fot. Przecier)

Obrazek
Herzogenreuther Wand w jesiennych barwach.





14.10.2018

Początkowy plan na niedzielę zakłada wycieczkę w region Frankendorfer Klettergarten, gdzie według przewodnika jest bardzo dużo dróg o różnych stopniach trudności, w tym ponad 30 dróg o trudnościach nie przekraczających 5+ i ponad 60 dróg o trudnościach w granicach 6- do 7+. Drogi te mają wysokość nieprzekraczającą 18 metrów, więc wydaje się, że to miejsce idealnie skrojone pod nas. Jedziemy zatem autem w kierunku Frankendorfu. Po drodze jednak okazuje się, że nawigacja zaprogramowała się na inny Frankendorf, ktory jest zupełnie nie tam, gdzie chcemy jechać. Musimy zatem się wrócić i tracimy kolejne pół godziny na dojazd.

Wreszcie podjeżdżamy na właściwy parking, skąd ma startować droga. Idziemy ostro pod górę drogą i docieramy do ogrodzonego pastwiska, skąd brakuje jakiejkolwiek drogi dalej. Znów okazuje się, że wybraliśmy niewłaściwą drogę i musimy się wrócić. Wracamy zatem do auta i udajemy się nieco dalej od parkingu. Wreszcie wchodzimy we właściwą ścieżkę i docieramy pod skałę. Tu jednak okazuje się, że wcale nie jest tu tak różowo. Po pierwsze końcowe podejście pod skałę jest strome i kruche, więc nogi się tam kompletnie rozjezdżają i należy zachować maksymalną uwagę, żeby nie zjechać po kruchym rumoszu kilkanaście metrów w dół. Drugi, poważniejszy problem jest taki, że nie potrafimy odnaleźć tych wszystkich dróg zapisanych w przewodniku. Niby wiemy, w którym miejscu dokładnie jesteśmy i gdzie powinny być te drogi, ale z dziesięciu przykładowych w książce, na skale znajdujemy jedną lub dwie. Co gorsza, te gorsze, trudniejsze, których akurat nie chcieliśmy robić. Wracamy do ścieżki, z której odbiliśmy w lewo i tym razem idziemy w prawo, szukając innych skał.

Tu znajdujemy niemieckiego wspinacza, który pomaga nam się odnaleźć i podpowiada dwie drogi nieopodal. Rozkładamy szpej, ale i to nie jest tu łatwe, bo pod skałą jest ciasno i teren bardzo mocno opada, więc stanowiska do asekuracji też są więcej niż paskudne. Wreszcie trafiamy pod dwie drogi, które chcemy robić równolegle w dwóch zespołach. Aron asekurowany przez Rafała uderza bardziej w lewo, podczas gdy ja, asekurowany przez Wojtka, mam próbować drogi nieco na prawo. Gotowy do wyjścia, przewiązany, ubieram buty i wtedy słyszę siarczyste przekleństwa Arona. To nie wróży niczego dobrego. Aron jest wyraźnie rozczarowany jakością skały w tym rejonie i każe mi ponownie się zastanowić, czy chcę się tu wspinać. Słysząc to, nie muszę się nawet dwa razy zastanawiać, tylko ściągam kapcie i rozwiązuję się z liny. Aron tymczasem przewiązuje sie na rinu i zjeżdża. Co gorsza, palące słońce daje znać o sobie i raczej nie sprzyja wspinaniu w tak nasłonecznionym terenie. Aż trudno uwierzyć, że na Frankenjurze w połowie października będziemy musieli uznać, że jest za gorąco na wspin. Tu się dziś nie powspinamy.

Obrazek
Popsute dojście do Stadelhofener Dunkelkammer

W tych okolicznościach decydujemy się na sprawdzony wariant i uciekamy w kierunku Stadelhofener Dunkelkammer, gdzie byliśmy ostatniego dnia podczas naszego poprzedniego pobytu. Wtedy nie udało nam się tu nic podziałać, bo zanim przynieśliśmy szpej pod skałę to zaczęło padać. Niestety oznacza to konieczność przejazdu w zupełnie inne miejsce na Frankenjurze. Rafał jest najmniej zadowolony, bo chciał się już wspinać, a tu znów musi prowadzić. Dość sprawnie jednak docieramy pod drugi rejon. Tu już mamy obcykane miejsce na parking i wiemy dokładnie jak trafić pod skałę. Po przyjściu znów się okazuje, że jesteśmy sami. Po drodze spotyka nas mała niespodzianka. Otóż na ścieżkę podejściową spadło ogromne drzewo, którego na pewno nie było w tym miejscu miesiąc temu. Musimy się zatem przedrzeć jakoś przez te haszcze i utorować sobie drogę. Bezpiecznie jednak docieramy do miejsca i szykujemy sie do wspinu. Tu też mamy swoje pootwierane projekty. Co prawda nie wstawialiśmy się jeszcze w wybrane drogi, ale dość dokładnie sobie je miesiąc temu obejrzeliśmy. Celem dla Arona są Power Play (8) i Elements of surprise (7+) podczas, gdy ja chcę przejść Halbdunkel (6+). Drogi w tym miejscu mają bulderowe początki, po których przejściu trudności mniej lub bardziej, ale puszczają.

Obrazek
Stadelhofener Dunkelkammer w swej okazałości (fot. Przecier)

Obrazek
I jeszcze raz Stadelhofener Dunkelkammer z nieco innej perspektywy (fot. Przecier)

Aron bawi się początkowo z Aronem na Power Play, podczas gdy ja niemal z marszu próbuje się wstawić w Halbdunkel. Rafał przygotowuje mi bezpieczną pierwszą wpinkę, bo jest dużo wyższy i bez problemu jej sięga. Próbuję wyjść ze startowego okapu, ale okazuje sie on dość trudny. Kika pierwszych prób kończy się niepowodzeniem. Uznajemy zatem, że najlepiej będzie zawiesić sobie wędkę i na spokojnie opatentować drogę. Zresztą na podobny krok decyduje się Aron na Power Play. Idziemy zatem we dwójkę z linami do góry i przygotowujemy wędki na swoich stanowiskach. To miesce jest o tyle fajne, że pozwala komfortowo zawiesić sobie wędki, bo dojście do stanowisk jest dość wygodne. Po zawieszeniu wędki schodzę i wpuszczam wpierw Rafała, który na świeżości bez problemu wychodzi z okapu, a potem pokonuje już pozostałe fragmenty drogi. Podczas zjazdu zawiesza też brakujące ekspresy i tym samym droga jest w pełni przygotowana do przejścia. Skoro Rafałowi poszło tak gładko to i ja ochoczo wstawiam się po raz kolejny. Tym razem mając komfort w głowie spokojnie odnajduję sobie chwyty i stopnie i też w zasadzie w pierwszej wędkowej próbie przechodzę drogę. Po wyjściu z okapu trudności się już praktycznie kończą i droga robi się maksymalnie czwórkowa. Przechodzimy z Rafałem jeszcze dwukrotnie drogę na wędkę, po czym podejmuję próbę przejścia z dołem.

Obrazek
Ja na Halbdunkel (fot. Przecier)

Jak się okazuje, przejście z dołem rózni się nie tylko w kwestii psychiki wspinającego, ale też technicznie. Wszystko za sprawą umiejscowienia pierwszego ringa, który choć daje zbawienny spokój mając wpinkę, utrudnia wyjście znad niego, klinując linę. Tym sposobem okazuje się, że niemal całe patentowanie na wędkę jest o kant tyłka rozbić i wyjście z okapu trzeba i tak zrobić inaczej. Walczę w tym miejscu dobrą chwilę, zupełnie inaczej układam nogi i trochę intuicyjnie wychodzę wreszcie z okapu, a po chwili kończę też drogę. Rafał, który po mnie wstawia się w drogę, przechodzi ją podobnie do tego, jak przechodził na wędkę, choć też dało się zauważyć, że nie wszystkie patenty, które miał już w głowie z przejścia z wędką, może teraz zastosować i też musi improwizować. Także również i on przechodzi Halbdunkel z dołem za swoim pierwszym podejściem. Po nas jeszcze Wojtek próbuje swojego szczęścia na tej drodze i on może odtrąbić sukces, choć połowiczny, bo przechodzi drogę na wędkę.

Tymczasem Aron katuje się na Power Play i Elements of surprise. Patentuje ruchy to na jednej, to na drugiej drodze, wisi na tej linie niemal godzinami, ale drogi nie chcą puścić. Na Elements of surprise ponadto start jest utrudniony, gdyż pierwsze chwyty są wysoko przy wyjściu z okapu. Aron, który jest osobą niską, ma problem, żeby do nich w ogóle dosięgnąć. Podczas gdy np taki Rafał robi to bez problemu. To pokazuje, jak uwarunkowania fizjologiczne mogą mieć znaczenie podczas wspinania. Koniec końców ani Power Play ani Elements of surprise nie puszcza podczas tego wyjazdu i będzie czekać na kolejne próby podczas następnej naszej wizyty na Franken. Na koniec Aron jeszcze przechodzi sobie Halbdunkel i przynajmniej w ten sposób może sobie choć częściowo powetować niepowodzenia na dwóch sąsiednich drogach. Rejon ten jednak ma bardzo duży potencjał i na pewno chętnie tu wrócimy.

Obrazek
Wojtek asekuruje Arona


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: So paź 27, 2018 9:42 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 11, 2011 9:25 pm
Posty: 732
Lokalizacja: W-wa
Bardzo spodobało mi się to 'rybie oko' w relacji.
Pasuje do tematu, wydaje się, że wspinacz kątem oka może widzieć świat zdeformowany w taki czy inny sposób.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 5 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 2 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL