Forum portalu turystyka-gorska.pl

Wszystko o górach
relacje na mapie
Regulamin forum


Teraz jest Cz gru 13, 2018 8:12 am

Strefa czasowa: UTC + 1




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 20 ] 
Autor Wiadomość
 Tytuł: DGN Alpine Tour
PostNapisane: Wt wrz 13, 2016 9:13 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Akt I - Bij Niemca po kasku! Zugspitze 2016


13.08.2016

Nieudana majowa wyprawa na Zugspitze bolała jak drzazga we fiu... a zresztą, nieważne jak. Dlatego konieczne było powtórzenie wycieczki i tym razem już zdobycie góry. Zaplanowaliśmy sobie wejście na najwyższy szczyt Niemiec na weekend z okazji Święta Wojska Polskiego. Jako organizator trochę nieogarnąłem, bo nie przewidziałem, że 15. Sierpnia jest również świętem i dniem wolnym od pracy w Niemczech, co oznaczać mogło wzmożony ruch w górach. Ale decyzja została podjęta i 13. sierpnia o 4 rano wyruszyliśmy w trasę.

Obrazek


Obrazek

Karawana trzech pojazdów dotarła na camping w Garmisch około godziny 14. W międzyczasie musieliśmy jeszcze zmierzyć się z gigantycznym korkiem na drodze łaczącej Garmisch z Monachium, w którym straciliśmy dobrze ponad godzinę. Ale po przybyciu, zameldowaniu się i zakwaterowaniu w namiotach, nikt już o tym nie pamiętał. Każdy myślał wyłącznie o tym, aby się najeść.

Obrazek

Obrazek

Obiad zajął nieco więcej czasu niż początkowo przypuszczaliśmy, dlatego na rozruchową ferratę wyruszyliśmy około godziny 17. Celem było wejście gdziekolwiek, żeby tylko zaznajomić się ze sprzętem, aby podczas ataku szczytowego nie było lipy. Początkowo zaplanowaliśmy przejście Karwendel Klettesteig albo Mittenwalder Hohenweg, bo te dwie ferraty miały być względnie blisko i być względnie krótkimi. Rzeczywistość dość brutalnie zweryfikowała nasze oczekiwania i zamiast ferraty w sobotę musieliśmy się zadowolić jedynie krótkim trekkingiem, podczas którego mieliśmy z Mittenwald dotrzeć do schroniska Brunnsteinhutte, położonego na wysokóści 1560m. Tym samym zafundowaliśmy sobie przynajmniej solidną przebieżkę, bo spod Mittenwald do schroniska jest około 650m przewyższenia, które pokonaliśmy w nieco ponad godzinę.

Obrazek

Obrazek

Pod schroniskiem zrobiliśmy sobie dłuższy popas i przy niemieckim piwku kontemplowaliśmy zachód słońca w Alpach Bawarskich. Niedługo potem zeszliśmy do parkingu (zejście w ok 35 minut) skąd szybciutko wróciliśmy na camping, gdzie po kolacji udaliśmy się na zasłużony i potrzebny odpoczynek, bo następny dzień miał przynieść atak szczytowy.


Ostatnio edytowano So wrz 17, 2016 6:43 pm przez Fenomen, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 14, 2016 9:10 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
14.08.2016

Budzik dzwoniący o 3.30 to na pewno nie jest to, czego potrzebowałem tego dnia. Zwłaszcza, że położyliśmy się spać raptem nieco przed północą, więc snu zdecydowanie brakowało. Zwłaszcza, że przede wszystkim kierowcy mieli za sobą już poprzednio niesprzespaną noc, gdy również bardzo wczesnie rano wyruszaliśmy z Polski. Zjedliśmy jednak jakoś śniadanie i wyruszyliśmy na szlak.

Obrazek
Dzień w Dolinie Hollental powoli budzi się do życia.

Szlak, który już o 5 rano był bardzo mocno oblegany. Po drodze spotykaliśmy mnóstwo turystów, głównie z Polski. Około godziny 5.30 weszliśmy na właściwy szlak, który odchodzi z parkingu i mniej lub bardziej stromo pnie się w górę. Około godziny 7 dotarliśmy do wejścia do wąwozu Hollental, ale ze względu na wczesną godzinę było ono jeszcze zamknięte. Dzięki temu mogliśmy za darmo przejść wąwozem. Muszę przyznać, że zrobił on na mnie naprawdę duże wrażenie. Kaskady spadającej wszędzie wokół wody i szum pędzącego potoku skutecznie budzą nawet największych śpiochów.

Obrazek
Wąwóz Hollental

Około godziny 9 dotarliśmy do schroniska Hollentalanlagerhutte położonego na wysokości 1387m. Mieliśmy zatem za sobą już około 550m przewyższenia, choć to wciąż nic z porównaniu z czekającym nas wciąż 1600m w pionie. W schronisku zrobilismy krótszy popas, skąd ruszyliśmy w kierunku mitycznego Das Brett – ferraty, w ramach której w niemal pionowej ścianie osadzono tylko metalowe pręty, po których nalezy przejść. Być może dla osób wrażliwych na ekspozycję mogło to zrobić wrażenie, ale na naszej ekipie, już nieco obytej z lufą, nie spowodowało to zbytniego paraliżu.

Obrazek
Tunele wydrążone w ścieżce przez Wąwóz Hollental

Po przejściu przez Das Brett trudności praktycznie skończyły się aż do momentu wejścia na lodowiec. Tym samym najbliższe półtorej godziny między Das Brett, a lodowcem to mozolna wędrówka pod górę. Nie jakoś ekstremalnie, ale cały czas pod górę. Do tego cały czas w pełnym, palącym słońcu. To w połączeniu z niewyspaniem z poprzednich dwóch nocy odbijało się mocno na mojej dyspozycji. Bardzo szybko wychyliłem zapas wody, ale uzupełniłem zapasy wodą z roztapiającego się przed nami lodowca. W międzyczasie zostałem jeszcze nakarmiony czekoladą, co dało mi trochę powera, bo już czułem, że idę zygzakiem i średnio ogarniam swój chód.

Obrazek
Dolina Hollental w całej okazałości :)

Pod czołem lodowca zrobiliśmy kolejny postój na jedzenie, ale przede wszystkim na ubranie raków. Samo przejście przez lodowiec nie dostarczyło praktycznie żadnych wrażeń. Gorzej, że na jego końcu natknęliśmy się na korek, który musiał się, chcąc nie chcąc, rozładować. Wejście na ferratę było możliwe tylko od wariantu łatwijeszego A/B. Wariant trudniejszy został odcięty przez pustkę ziejącą z maksymalnie rozszerzonej szczeliny, dlatego nie było opcji, aby rozpocząć wejście tym nieco ciekawszym startem.

Obrazek
Do lodowca jeszcze kawałek. Niby widać szczyt. Niby blisko, a jednak daleko... ;)

Sama ferrata prowadząca już na szczyt jest w mojej ocenie poprowadzona nieco na wyrost. Przypiąłem się do stalówki na kilku pierwszych segmentach. Potem przypiąłem lonżę do uprzęży i waliłem na żywca, ani przez chwilę nie czując zagrożenia. Niestety z przodu cały czas był dość spory korek, który dość mocno ograniczał nasze ruchy. W efekcie na szczyt dotarliśmy dopiero około godziny 13.30. Tam czekała już częśc ekipy, której udało się wczesniej wyprzedzić grupę, która generowała te korki na trasie.

Obrazek
Wchodzimy z lodowca na ferratę prowadzącą na wierzchołek.

Na szczycie oczywiście ekstremalne tłumy, ale i tak było fantastycznie. Czyste niebo dawało bardzo dobrą widoczność. Mogliśmy dojrzeć w panoramie okolicznych szczytów między innymi Marmoladę, Grossglocknera, Wildspitze czy nawet Piz Bernina. Pogoda jednak ewidentnie się psuła, więc niebawem trzeba było rozpocząć zejście. Grupowo jednak podjęliśmy decyzję, że nie będziemy schodzić o własnych siłach, a, o zgrozo, zjedziemy kolejką. Kosztowało nas to 35 euro na osobę, ale przy moim ogólnym zmęczeniu i niewyspaniu był to zdecydowanie najlepszy krok.

Obrazek
Widoczki ze szczytu. Pogoda powoli zaczyna się psuć - na niebie coraz więcej chmurek. Za chwilę totalnie zasłonią one wierzchołek.

Wieczorem zaś nawet specjalnie nie włączyłem się w celebrację zdobycia kolejnego szczytu z Korony Gór Europy, a bardzo szybko zaległem w namiocie. Zdążyłem jedynie zjeść kolację i wziąć prysznic, po czym odnalazłem miejsce do śpiwora i już mnie nie było.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz wrz 15, 2016 8:23 am 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz cze 18, 2009 11:04 am
Posty: 8849
Lokalizacja: miasto100mostów
Fenomen napisał(a):
Potem przypiąłem lonżę do uprzęży i waliłem na żywca, ani przez chwilę nie czując zagrożenia
Zgadzam się.
Fenomen napisał(a):
Wariant trudniejszy został odcięty przez pustkę ziejącą z maksymalnie rozszerzonej szczeliny
To ja chyba szedłem właśnie tym trudniejszym. Ale najgorsze było dotarcie do jego początku. Śnieg dochodził do skał jakieś 3-4m obok liny i trzeba było zrobić przypałowy trawers ze szczeliną ziejącą pod nogami

_________________
'Tatusiu, zostań w samochodzie, a my zobaczymy gdzie zaczyna się nasz szlak.'


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Cz wrz 15, 2016 11:11 am 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn sie 30, 2010 12:43 pm
Posty: 3331
Lokalizacja: Węgierska Górka
gratuluję zdobycia najwyższego szczyty Niemiec ;) muszę się w końcu tam kiedyś wybrać tylko, że jak sobie pomyślę o tym podejściu to zdeczka mi się nie chce ;)

_________________
Galeria zdjęć


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: So wrz 17, 2016 6:43 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
15.08.2016
Ostatni dzień minął nam już zdecydowanie pod znakie powrotu. Wyruszyliśmy jednak dość późno, pozwalając sobie na odespanie poprzednich nocy. W efekcie opuściliśmy Garmisch dopiero około godziny 10.30.


Zamiast jednak walić bezpośrednio do Wrocławia, zrobiliśmy sobie jeszcze postój w Dreźnie, gdzie zarządziliśmy krótkie zwiedzanie oraz gdzie udaliśmy się na obiad. Był to element wprowadzonego nie tak dawno elementu odchamiania DGNu podczas górskich wyjazdów. Założenie jest takie, aby podczas każdego górskiego wyjazdu, czy to długiej i dalekiej ekspedycji, czy kilkudniowej wycieczki, zorganizować przynajnmiej w jakimś stopniu część poświęconą na poznawanie kultury, sztuki i architektury obcych landów.

Kilka fotek z Drezna:

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

A niedługo Akt II... :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn wrz 26, 2016 7:03 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Akt II - From Adolf with love - Grossglockner 2016

Ponieważ tak dobrze poszło nam na Zugspitze, uznaliśmy wspólnie, że warto kontynuować dobra robotę w Alpach I ruszyć tym razem po kolejną perłę w Koronie Gór Europy, a przy okazji w Koronie Krajów Alpejskich. Padło na austriackiego Grossglocknera – szczyt znacznie wyższy (3798m), ale o mniejszej różnicy wysokości do pokonania. Wyjazd zaplanowaliśmy na przedłużony weekend na początku września 2-5.09.2016.

Obrazek
Piękne, tyrolskie klimaty :) (fot. Przecier)

02.09.2016

Standardowo pobudka o 4 i wyruszamy w trasę. Tym razem rozegraliśmy to nieco inaczej logistycznie, bo jechaliśmy na dwa auta, zamiast trzech. W efekcie na granicy w Jędrzychowicach byliśmy nieco wcześniej, a czas miał odgrywać znaczącą rolę, ponieważ do Kals am Grossglockner jest nieco dalej niż do Garmisch. Czekało nas około dziesięciu godzin drogi.

Obrazek
Gdzieś przy wylocie z tunelu (fot. Przecier)

Do Kals dotarliśmy, koniec końców, około godziny 15, gdzie przed wyruszeniem w górę zrobiliśmy sobie dłuższy postój na obiad – jajecznicę z przywiezionych z Polski jajek ;) Przepakowaliśmy bagaże, aby nie dźwigać niepotrzebnych kilogramów i ok 17 ruszyliśmy pod górę. Naszym celem na piątek było dojście do schroniska Studlhutte położonego na wysokości 2803m. Mieliśmy ze sobą namioty, które chcieliśmy rozbić w okolicy schroniska i w nich przenocować.

Obrazek
Kals am Grossglockner (fot. Przecier)

Po drodze jeszcze zatrzymaliśmy się w schronisku Lucknerhutte, ponieważ troszkę za ostro wystartowaliśmy. Okazało się bowiem, że róznicę przewyższeń ok 300m pokonaliśmy w niespełna 40 minut, mając na sobie duże plecaki z namiotami. W schronisku wyrównaliśmy oddech i przede wszystkim płyny zimnym złocistym trunkiem i ok 18 ruszyliśmy w dalszą drogę. Chcieliśmy w miarę sprawnie i szybko dotrzeć do schroniska, aby zdążyć przed zmrokiem.

Obrazek
W pobliżu Lucknerhutte (fot. Przecier)

Obrazek
Krótki popas i piwerko w Lucknerhutte (fot. Przecier)

Ścieżka była dość wygodna, a nauczeni doświadczeniem teraz nie forsowaliśmy tempa, bo odcinek do pokonania był nieco dłuższy niż poprzedni. Koniec końców trafiliśmy do Studlhutte ok 19.45. Tam po nieco długich negocjacjach z właścicielem schroniska udało nam się uzyskać zgodę na rozbicie namiotu, więc po kolacji niemal natychmiast przygotowaliśmy sobie spanie i już około 22 wszyscy grzecznie leżeli w śpiworach. Po pierwsze dlatego, że rano czekała nas pobudka o 5, a po drugie – i tak wszyscy byli wyrypani najpierw długą drogą na miejsce, a potem ponad 600-metrowym podejściem.

Obrazek
Powolny zachód słońca w pobliżu Studlhutte (fot. Przecier)

Obrazek
A to już widok ze Studlhutte już po zachodzie słońca (fot. Przecier)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt wrz 27, 2016 12:48 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn sie 30, 2010 12:43 pm
Posty: 3331
Lokalizacja: Węgierska Górka
dajesz, dajesz z tą relacją ;)

_________________
Galeria zdjęć


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt wrz 27, 2016 6:52 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Daję ;)


03.09.2016

Pobudka trochę nam się opóźniła. Wydawało mi się, że przez całą noc nie zmrużyłem oka, choć współlokatorzy z namiotu twierdzą, że spałem jak zabity i niemożebnie chrapałem, chociaż ja im tam nie wierzę ;) Rano musieliśmy jeszcze sprzątnąć namioty i schować je do przedsionka w schronisku, żeby nie budzić niepotrzebnych podejrzeń, dlatego poranne ogarnianie się zajęło nam trochę więcej czasu. Ale koniec końców mimo śniadania i pakowania, około 6.30 wyruszyliśmy w trasę na drogę normalną na Grossglockner.

Obrazek
Niedługo po wyjściu ze schroniska rozpoczął się spacer po lodowcu. Z tej perspektywy Grossglockner wygląda naprawdę zacnie :) (fot. Przecier)

Początkowo ścieżka prowadziła łagodnym trawersem, aby po kilkuset metrach wyprowadzić nas na skraj lodowca, gdzie urządziliśmy krótki postój na ubranie żelastwa. Mimo wejścia na lodowiec, nie wiązaliśmy się tu jeszcze sznurkiem, gdyż były to raczej polodowcowe resztki niż faktycznie zagrażające nam lodowe pola. Tak krok za krokiem dotarliśmy w końcu do miejsca, w którym lodowiec się nieco stabilizował i był nawet przykryty warstwą śniegu. Stąd nieco bardziej pod górę, ale widocznie wydeptaną ścieżką dotarliśmy pod pierwszy trudniejszy technicznie fragment.

Obrazek
Jak Przecier zrobi zdjęcie to nie ma ch* we wsi :D (fot. Przecier)

Należało pokonać zwykle skalno-lodowy trawers, który jednak w obecnych warunkach był trawersem wyłącznie skalnym. Mimo to poszliśmy w rakach, nie wiedząc do końca czego spodziewać się po drodze. Mniej wprawni wpinali się lonżą do zamocowanej w pobliżu stalówki, choć tak naprawdę nie było to konieczne. Trawers wyprowadził nas na mini-plateau, z którego ścieżka dalej prowadziła zboczem trani, ubezpieczonym cały czas stalową liną. Tu podejście robiło się nieco bardziej strome, choć ciągła asekuracja dodawała pewności. Podejście to wyprowadziło nas pod samo schronisko Erzherzog Johan Hutte, zlokalizowanego na wysokości 3454m. Tym samym ustanowiłem swój prywatny rekord najwyżej odwiedzonego schroniska w górach. Jak do tej pory rekord ten należał do schroniska pod Toubkalem, które znajduje się ok 300m niżej od budynku pod Grossglocknerem. Stacji meteo pod Kazbekiem za schronisko nie uznaję, dlatego nie wziąłem pod uwagę w tym zestawieniu ;)

Obrazek
Pod Erzherzog Johan Hutte (fot. Przecier)

W schronisku krótka przerwa na uzupełnienie kalorii i płynów i możemy ruszać dalej w drogę. Niby zostało nam już tylko około 350m do góry na szczyt, ale czekał nas teraz zdecydowanie najtrudniejszy odcinek. Zaraz za schroniskiem skała schowała się pod polami śnieżnymi, a po chwili również pod lodowcem. Początkowo zasugerowaliśmy się idącymi przed nami i jeszcze na tym lodowcu nie wiązaliśmy sie liną, idąc wyraźnie wytyczoną ścieżką, która doprowadziła nas do słynnej rynny, wyprowadzającej na grań. Rynna ta w miesiącach zimowych i wiosennych nie stanowi żadnych trudności technicznych. Późnym latem natomiast jej przejście jest utrudnione, ponieważ roztopiony śnieg odkrywa leżący po spodem lód. Krótki, ale bardzo stromy odcinek wymagał od nas pełnego skupienia i częstego używania czekana. Szczęśliwie, udało nam się wydostać na grań, choć powoli zaczynały dawać o sobie znać korki na drodze. Wiekszość osób schodziła już z góry, więc, radzi nie-radzi, musieliśmy ich przepuścić. Niektóre grupy mimo, że szły z przewodnikiem nie budziły naszego zaufania, bo trudno o zaufanie gdy widzi się siedem-osób osób związanych na jednej linie.

Obrazek
Za schroniskiem. Widoczna po lewej stronie rynna, którą wychodzi się na grań.

Po wyjściu na grań naszym oczom ukazały się nie mniej słynne tyczki, których można używać do wzajemnej asekuracji, z czego dość skrzętnie skorzystaliśmy. Droga granią była jednak o niebo łatwiejsza, ponieważ nie było na niej ani grama śniegu, którego nie mieliśmy, jak się potem okazało, doświadczyć aż do samego wierzchołka. Spokojnym tempem, przepuszczając co chwilę wracających z góry, dotarliśmy do Kleinglocknera (3770), z którego czekało nas już „tylko” zejście na przełęcz i ostatnie podejście na właściwy wierzchołek. Przejście na mitycznie eksponowaną przełęcz nie dostarczyło jednak większych emocji. Podobnie jak samo wejście na wierzchołek, choć tutaj musieliśmy trochę poczekać na swoją kolej i przepuścić schodzących Austriaków, a potem Słoweńców. Na tym czekaniu zeszło nam chyba z pół godziny. Koniec końców około godziny 13.30 zameldowaliśmy się na wierzchołku najwyższego szczytu (3798m) w Austrii. Widoki były jeszcze doskonałe, choć pogoda powoli zaczynała się psuć i niebo z wolna przykrywały kolejne obłoki.

Obrazek
Gdzieś w trakcie podejścia na grań (fot. Przecier)

Po około 15 minutach na szczycie rozpoczęliśmy zejście. Teraz mieliśmy ten komfort, że po nas już praktycznie nikt nie wchodził na szczyt, więc nie trzeba było przepuszczać idących z naprzeciwka. Gorzej, że za nami co chwila pojawiali się jacyś nadgorliwcy, idący prawdopodobnie od Studlgrat i dla własnego bezpieczeństwa niejednokrotnie decydowaliśmy się ich przepuszczać. Na zejściu do przełęczy przed Kleinglocknerem usłyszałem metaliczny dźwięk. Zdążyłem tylko odwrócić głowę i zobaczyć, jak mój telefon po tym jak wysunął się z kieszeni, odbił się dwa razy od kamieni i poleciał hen hen stromy zboczem kilkaset metrów w dół. Tym samym tradycja zostawiania w górach telefonu, narodzona podczas wyjazdu na Zugspitze, została podtrzymana. Ciekawe, kto zostawi telefon podczas kolejnej naszej alpejskiej wyprawy...

Obrazek
Ekipa w komplecie :) (autor zdjęcia nieznany :P choć sprzęt Przeciera :) )

Zejście do przełęczy poszło nam dość sprawnie, choć wolno ze względu na częste zmiany punktów asekuracyjnych w zespole. Z przełeczy ruszyliśmy dalej wspierani tyczkami, które dawały poczucie bezpieczeństwa, choć nieco zwalniały. Pomału jednak dotarliśmy do miejsca, gdzie rynna wyprowadzała na grań. Zejście tego odcinka było paskudne. Raz dlatego, że było bardzo ślisko, ale nie to było największym problemem. Gorsze były tłumy, które jak sie okazało, cały czas twardo waliły z góry mimo, że było już dość późno. Rozpychający się turyści i, co gorsza, ich przewodnicy skutecznie wstrzymywali nasze zejście, ale wreszcie po około pół godzinie udało nam się opuścić to wredne miejsce. Kilka metrów dalej rozwiazaliśmy się z liny, ale jeszcze w rakach zeszliśmy do schroniska, w którym zameldowaliśmy się około 16.

Obrazek
Widok ze szczytu (fot. Przecier)

Po bardzo krótkim postoju ruszyliśmy dalej, bo czekała nas jeszcze długa droga. Tego dnia bowiem wcale nie zamierzaliśmy nocować przy Studlhutte, a chcieliśmy zejść i znaleźć jakąś przytulną polankę na namioty w okolicach parkingu, gdzie zostawiliśmy auto. Około godziny 17.30 dotarliśmy do schroniska Studlhutte, gdzie zjedliśmy liofilizowaną obiadokolację i wyrównaliśmy elektrolity. Odebraliśmy też nasze rzeczy ze schroniska, które szczęśliwie zachowały się w komplecie. Po spakowaniu ich do plecaków ruszyliśmy na dół. Zaczynało się powoli ściemniać i w efekcie do schroniska Lucknerhutte dotarliśmy już grubo po zmroku. Tam zrobiliśmy dłuższą przerwę na piwo, a ja zapytałem również panią z obsługi, czy zna miejsce, gdzie można rozbić namiot. Ta wskazała nam polanę ok 5 minut drogi od schroniska, której oczywiście nie znaleźliśmy. Dlatego też rozbiliśmy się już bardzo blisko parkingu, ok 5 minut drogi od niego. Miejsce na biwak było idealne, choć poza rozłożeniem namiotu i wejściem do niego, specjalnych biwakowych atrakcji nie uświadczyliśmy, bo zmęczenie dawało już dość mocno się we znaki.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr wrz 28, 2016 8:43 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
04-05.09.2016

Nikt nie nastawiał rano budzika, dlatego okazało się, że wstaliśmy dopiero około 9 rano. Trzeba było się powoli zawijać, bo w okolicy pojawiało się coraz więcej turystów, zmierzających do Lucknerhutte i niektórym mogłoby sie nie spodobać, że tutaj biwakujemy. Bardzo szybko zawinęliśmy majdan i ruszyliśmy do parkingu, oddalonego dosłownie o rzut kamieniem. Przy parkingu zrobiliśmy dłuższą przerwę, którą wykorzystałem na kapiel w cholernie zimnym potoku spływającym wprost z lodowca. Ale to mnie też trochę otrzeźwiło. Niedługo potem gdy wszyscy już się ogarnęli, zrobiliśmy sobie śniadanie z tego, co jeszcze zostało z wyjazdu, a ponieważ zostało sporo, więc i sniadanie było godne śniadania mistrzów. Wszak zasłużyliśmy na porządne żarcie!

Obrazek
Dolomity – tym razem widoczne tylko zza szyby auta, ale niedługo tam pojedziemy, to pewne :) (fot. Przecier)

Potem należało podjąć decyzję – wracamy od razu, czy zostajemy w okolicy jeszcze na jeden dzień? Część z nas miała bowiem jeszcze wziety urlop na poniedziałek, więc bez sensu było już teraz się zawijać. Ostatecznie ekipa, która urlopem nie dysponowała, zawinęła się do Polski, a my w trójkę wybraliśmy się na wycieczkę do... Wenecji, oddalonej od Kals o zaledwie trzy godziny drogi.

Obrazek
Ach te Dolomity... (fot. Przecier)

Rzeczywiście w Wenecji pojawiliśmy się około 16, bo po drodze praktycznie nie robiliśmy przerw, poza jedną już po włoskiej stronie gdy chciałem dać odpocząć (i ostygnąć) hamulcom po zjeździe drogą szesnastu zakrętów. Zatrzymaliśmy się przy tamie tworzącej jezioro o pięknej, szmaragdowo-turkusowej barwie. Był to jednak postój dosłownie dwu-tzyminutowy i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Obrazek

Obrazek
Wenecja (fot. Przecier)

W Wenecji zaskakująco łatwo udało nam się znaleźć miejsce parkingowe na wjeździe do miasta, skąd pieszo udaliśmy się na zwiedzanie miasta poprzecinanego kanałami. Jak można było się domyśleć, zaraz zgubiliśmy się w gąszczu uliczek i zaułków, dlatego na Placu Świętego Marka kupiliśmy mapę, która następnie pozwoliła nam odnaleźć drogę powrotną.

Obrazek
Parking dla wodnych taksówek ;) (fot. Przecier)

Po drodze z powrotem jeszcze udaliśmy się na prawdziwą włoską pizzę, po której miałem prawdziwy włoski skręt kiszek, prawdopodobnie od zawartych w niej grzybów. Na szczęście obyło się bez płukania żołądka, choć ekipa zawiozła mnie już pod szpital. Wystarczyło zastosowanie bardziej chałupnicznych metod opróżniania żołądka. No i niestety cała zawartość pizzy musiała pozostać na zewnątrz.

Obrazek
Szmaragdowe jeziorko gdzieś niedaleko austriacko-włoskiej granicy (fot. Samowyzwalacz :P )

Rzecz ta miała miejsce już nie w Wenecji, a Jesolo, do którego się udaliśmy. Mapa twierdziła, że to miasto położone nad samym morzem dysponuje pokaźnych rozmiarów plażą. I faktycznie, tylko był jeden problem – Jesolo to sporych rozmiarów kurort, pełen turystów. Dlatetego też znalezienie odludnego miejsca, gdzie można by spędzić noc na plaży w samych śpiworach okazało się odrobinę kłopotliwe. Na szczęście takowe znaleźć się udało, ale niestety plan spędzenia nocy w samych śpiworach spalił na panewce ze względu na burzę z potężną ulewą, która przeszła przez miasto. Schowaliśmy się zatem do auta i wtedy nastąpił też atak moich kiszek, który akurat puścił gdy przestało padać. Przypadek? Nie sądzę!

Obrazek

Potem znaleźliśmy inną plażę, bo oczywiście w drodze do szpitala spanikowana ekipa zapomniała drogę do miejsca, gdzie byliśmy wcześniej. Ale nowe miejsce na plaży też było spoko. Mieliśmy plażę praktycznie tylko dla siebie, ale tym razem wyposażyliśmy się w namiot, by w razie niepogody nie musieć uciekać z plaży. Swoją drogą to musiał być dziwny widok z rana dla wypoczywających na pobliskim leżaku – zobaczyć namiot ekspedycyjny z fartuchami śnieżnymi rozłożony na środku plaży.

Obrazek

Zgodnie z tradycją, wykąpaliśmy się w morzu, a po śniadaniu zawinęliśmy manatki i ruszyliśmy w drogę powrotną, którą uprzyjemniała nam lektura najnowszej książki o Jurku Kukuczce autorstwa Marcina Pietraszewskiego i Dariusza Kortki. Podczas drogi powrotnej przeczytaliśmy wspólnie ponad pół książki. Jedna osoba zawsze była oddelegowana do czytania na głos reszcie i robiła za audiobooka  Po drodze zrobiliśmy sobie jeszcze postój niedaleko Wiednia na obiadokolację. Około 23 byliśmy w Krakowie, gdzie odstawiliśmy Inkę, a ok 1.30 już byliśmy z powrotem u siebie.

Obrazek
Nocleg w Jesolo ;)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pn paź 10, 2016 5:08 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Akt III - Co TriGlavy to ne jedna! - Triglav 2016

29-30.09.2016

Zaraz po powrocie z Grossglocknera rozpoczęliśmy planowanie kolejnej wyprawy, której celem miało być zdobycie następnej perły w Koronie Gór Europy, a jednocześnie w Koronie Krajów Alpejskich. Padło na Triglav w Słowenii, ale ponieważ nie mieliśmy zbyt wiele czasu na zrobienie góry, nie mogliśmy sobie zaplanować zbyt wiele czasu w Alpach Julijskich. Wyjazd był precyzyjnie zorientowany tylko na wejście na górę i szczęśliwy powrót, co miało się udać w jeden przedłużony o piątek weekend.

Obrazek
Taką pogodą przywitały nas Niżne Tatry na Słowacji :)

Wyjechaliśmy w czwartek wieczorem do Krakowa, skąd rano mieliśmy uderzyć pod Aljazev Dom. Uznaliśmy bowiem, że najlepiej będzie zmierzyć się ze słynną północną ścianą Triglava. Nie stricte wspinaczkowo, ale ferratowo. Dlatego wchodzić mieliśmy drogą Tominskova Pot, wycenioną na B/C, podczas gdy do zejścia zaplanowaliśmy sobie drogę przez Prag, której wycena to B. Zakładany czas wejścia to około sześć godzin, a czas zejścia to 4 godziny. Czekało nas zatem około dziesięciu godzin solidnej wyrypy przy przewyższeniu rzędu ok. 1850m do zrobienia w jeden, dość krótki już przecież, jesienny dzień.

Obrazek
Jeden z wielu zamków na Słowacji w Dolinie Orawy

Z Krakowa wyruszyliśmy w piątek około godziny 9 rano. Dość późno, ale należy to zrzucić na karb integracji poprzedniego wieczora. Wszak do Krakowa w czwartek dotarliśmy dopiero ok 22. Ponieważ chciałem uniknąć podróżowania przez Czechy, pojechaliśmy przez Chyżne, Żylinę, Bratysławę, Wiedeń i Klagenfurt, by w Villach odbić na Kranjską Gorę i dotrzeć do Aljazev Dom około godziny 21. Po drodze zatrzymaliśmy się na jeden jedzeniowy postój pod Wiedniem, a wcześniej tankowanie w Chyżnem.

Obrazek
I jeszcze jeden zameczek :)

Po dotarciu na parking nie było na nim już żywej duszy, choć parking był niemal pełny. Ponieważ zupełnie nie w smak było nam płacić za nocleg w schronisku, rozbiliśmy namioty na parkingu, po czym zabraliśmy się za przygotowywanie kolacji. Pogoda na razie dopisywała. Niebo było rozgwieżdżone, choć prognozy mówiły, że w sobotę mogliśmy się spodziewać spaceru z głową w chmurach.

Około godziny 23 grzecznie odmeldowaliśmy sie do namiotów, bo następnego dnia czekało nas konkretne zadanie do wykonania.


01.10.2016

Obudziliśmy się wraz z budzikiem o 6 rano. Jak się potem okazało – stanowczo za późno. Zwłaszcza, że już od godziny albo i dłużej słyszeliśmy nadjeżdżające auta pełne turystów, który wcześniej od ras wyruszyli pod górę. Niestety z dobrej pogody zostało niewiele. Niebo było zachmurzone i nawet wschód słońca tego nie zmienił. Na szczęście jednak nie padało, co dawało nadzieję na w miarę bezpieczne wejście.

Obrazek
Pogoda w dniu górskiej akcji nie napawała specjalnym optymizmem (fot. Przecier)

Zjedliśmy śniadanie i ok 7.30 wyruszyliśmy na szlak. Biorąc pod uwagę estymację, na szczycie mieliśmy być około godziny 13.30-14. Jeszcze przy schronisku zrobiliśmy jednak krótki, przymusowy postój, ale potem już ruszyliśmy ostro do góry. Tak ostro, że zaraz na początku zgubiliśmy szlak i musieliśmy się wrócić do pomnika ofiar gór przy rozdrożu szlaków przez Prag i Tominskovą.

Obrazek
Pod Aljazev Dom

Spodziewałem się, że szlak przez Tominskovą szybko wyprowadzi nas pod skałę, skąd będziemy szybko nabierać wysokości na ferracie. Tak jednak się nie stało. Z wytęsknieniem oczekiwaliśmy ferraty, mozolnie wdrapując się pod górę. Zanim rozpoczęły się pierwsze ferratowe trudności, pokonaliśmy dobre 900 metrów przewyższenia, więc praktycznie połowę deniwelacji.

Obrazek
Ekipa przy pomniku ofiar gór (fot. Przecier).


CDN :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt paź 11, 2016 6:36 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Początkowe odcinki ferraty pokonaliśmy jeszcze bez założonej uprzęży, lonży i kasku, ale po przejściu krótkiego trawersu uznaliśmy, że to dobry moment na oszpejenie się. Mimo założenia na siebie żelastwa, nie chciałem się jeszcze wpinać, bo to zabiera sporo czasu, a ścieżka nie była jeszcze nadzwyczaj trudna. Wystarczył psychiczny komfort i łapanie się dłonią stalówki od czasu do czasu w nieco bardziej eksponowanych momentach.

Obrazek
Przy Pomniku Ofiar pogoda delikatnie sugerowała odwrót, ale nie daliśmy się

Po chwili wyprzedził nas zespół dwóch Słoweńców, którzy ostro wystartowali do góry. My jednak jeszcze zrobiliśmy sobie krótki postój na drugie śniadanie, bo na zegarze było już dobrze po 10. Trudności ferratowe ciągnęły się przez mniej więcej półtorej godziny, aż do rozwidlenia, a raczej złączenia naszej drogi z drogą przez Prag. Mieliśmy zatem okazję dobrze przyjrzeć się miejscu, w którym mieliśmy odbić idąc z powrotem. Niestety mniej więcej od tego miejsca skończyły się jakiekolwiek widoki. Weszliśmy bowiem w pułap chmur, które tylko od czasu do czasu rozstępowały się na sekundę bądź dwie i były to jedyne chwile, kiedy można było zrobić zdjęcie, na którym byłoby cokolwiek widać.

Obrazek
Chwilami jednak się trochę przerzedzało

Od rozwidlenia ferraty już praktycznie nie było. Spacerowaliśmy teraz wygodną i szeroką ścieżką, mijając rozwidlenie prowadzące do schroniska Stanicev Dom. Ruszyliśmy naprzód chcąc jak najszybciej dotrzeć do schroniska Triglavski Dom pod Kredarici, gdzie chcieliśmy zrobić krótki postój przed atakiem szczytowym. Przed schroniskiem natknęliśmy sie jeszcze na jedną krótką ferratę, ale i tu używanie lonży nie było konieczne. Wystarczyło się od czasu do czasu złapać stalówki jeśli ktoś czuł się mniej pewnie. Po wyjściu na grzbiet naszym oczom ukazało się schronisko, w którym zjawiliśmy sie około 13.15. Stąd czekało nas jeszcze godzinę ataku szczytowego.

Obrazek
Końcowy odcinek mozolnego podejścia pod ferratę.

W schronisku zrobiliśmy sobie około pół godzinki przerwy, pozwalając plecom na odparowanie. Wykorzystaliśmy ostatnie dni, kiedy schronisko jest otwarte i zostawiliśmy w nim niepotrzebny sprzęt, czyli wzięte z dołu raki, czekany i kaski. Na wierzchołek mieliśmy zatem wchodzić niemal zupełnie na lekko. W schronisku kupiłem również wodę, która jak się okazało – była tam droższa niż paczka papierosów. Kilka minut przed 15 wyruszyliśmy na atak szczytowy.

Obrazek
Już na ferracie

Ten przebiegał bez problemów, jeśli by nie liczyć dwóch, czy trzech wymuszonych krótkich przerw na przepuszczenie schodzących z góry. Trochę to wyziębiało, ale dobry zwyczaj nakazuje przepuszczać schodzących, więc radzi, nieradzi, dostosowaliśmy się do tego. Po wyjściu na Mały Triglav zaczęło mocno wiać. Cały czas oczywiście nie mieliśmy żadnych widoków. A szkoda, bo podejrzewam, że przy przejściu granią szczytową przy dobrej pogodzie można doświadczyć znacznie ciekawszych doznań ;) A tak to nawet nie było widać, jak daleko potencjalnie można spaść ;) Szlak graniowy jest oczywiście w całości ubezpieczony stalówką, do której można, ale nie trzeba się wpinać. Po około kwadransie dotarliśmy do puszki na wierzchołku Triglava, na którym w tym momencie byliśmy już zupełnie sami.

Obrazek Obrazek
Tominskova Pot w całej okazałości

Wleźliśmy do puszki i zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, po czym rozgrzaliśmy się gorącą czekoladą z termosu. Na szczycie spędziliśmy jednak nie więcej niż kilka minut, bo przeraźliwie wiało i zaczynało się robić zimno. Poza tym było już dość późno. Rozpoczęliśmy zatem zejście. W pewnym momencie zespół podzielił się na dwa mniejsze. Pierwszy poszedł przodem, a my kilka metrów za nimi. Po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że schodzimy jakby inną droga, bo nikt z nas nie pamiętał, abyśmy wchodzili głęboko wciętą rynną. Poszliśmy jednak dalej w nadziei, że może po prostu z innej perspektywy tego szlaku doznaliśmy takiego zaćmienia. I faktycznie po chwili dotarliśmy do schroniska.

Obrazek Obrazek
Nieco trudniejszy odcinek przed samym schroniskiem Triglavski Dom

Tylko, że nie tego, co potrzeba. Nie tego, w którym czekał na nas pierwszy zespół i w którym mieliśmy zostawione rzeczy. Zamiast do Triglavskiego Domu pod Kredaricą, dotarliśmy do Domu Planika pod Triglavem. Nie pozostało nam nic innego, jak tylko strawersować wierzchołek Kredaricy i dotrzeć do właściwego już schroniska. Na szczęście jest tam poprowadzony szlak turystyczny, więc przejście nie było specjalnie trudne, czy uciążliwe, choć i tak kosztowało nas dobre pół godziny dodatkowego marszu. Szczęśliwie udało nam się w międzyczasie skontaktować z pierwszym zespołem i poinformować o małej obsuwie, którą mamy. Koniec końców spotkaliśmy się w drugim schronisku około 16.30.

CDN :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt paź 11, 2016 9:17 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 11, 2011 9:25 pm
Posty: 731
Lokalizacja: W-wa
Fenomen napisał(a):
zaraz na początku zgubiliśmy szlak
Cytuj:
... dotarliśmy do schroniska. Tylko, że nie tego, co potrzeba

typowe julijskie przygody :D, też mam się czym pochwalić i mój dorobek stale rośnie :mrgreen:


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr paź 12, 2016 4:41 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Tu zrobiliśmy sobie jeszcze jedną krótką przerwę na ogarnięcie tego co się właśnie stało i jak do tego doszło. Słaba widoczność plus dość średnie oznakowanie w kopule szczytowej sprawiły, że popełniliśmy błąd, który kosztował nas dodatkowe 45 minut marszu. Dobrze, że tylko tak się to skończyło. W schronisku odebraliśmy zostawione przedtem rzeczy i po 17 wyruszyliśmy na dół. Godzina była już ekstremalnie późna i wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, że sporą część drogi powrotnej pokonamy po ciemku.

Obrazek
Plateau przed schroniskiem, w którym nietrudno było zgubić oznaczenie szlaku

Pierwszy etap prowadzący do rozwidlenia szlaków poszedł nam jeszcze znośnie. Potem jednak zaczęło się robić trochę nieciekawie, bo szlak przez Próg, chociaż nie tak eksponowany jak Tominskova, to posiada inną, wredną cechę – usypujące się spod nóg piargi, zwłaszcza przy zejściu. Powoli zatem pokonywaliśmy przejście przez Próg, uważnie stawiając stopy, aby te nie zbytnio nie odjeżdżały, nie powodując przy okazji obsuwania się kamieni, które mogłyby być niebezpieczne dla schodzących poniżej.

Obrazek
Chwilami chmury się rozwiewały i gdy dopisał refleks, można było zrobić nienajgorsze zdjęcie  (fot. Przecier)

W końcu dotarliśmy do pierwszego etapu ferraty na tym odcinku, prowadzącym blisko ogromnej ściany. Ferrata nie prowadziła jednak bezpośrednio w tej ścianie, ale była położone w nieco odsuniętym od niej żlebie. Oprócz nieznacznych trudności technicznych doszły tu te obiektywne, związane z zapadającym zmrokiem, dlatego na tym etapie już trzeba było włączyć czołówki. Po około godzinie dotarliśmy do drugiego, trudniejszego odcinka, gdzie znów poprowadzono ferratę w pionowej skale. Krótkie, ale eksponowane zejście, do tego w nocy, dostarczyło niezapomnianych wrażeń. Po zejściu z tego ubezpieczonego fragmentu czekała nas już w miarę łatwa, choć niezwykle męcząca droga na dół. Po drodze jeszcze ze dwa razy nieznacznie zabłądziliśmy, bo poszukiwanie małych kropek oznaczających szlak w wapiennej skale w środku nocy nie należy do najłatwiejszych zadań.

Obrazek
Obrazek
Jeszcze kilka fotek z plateau. Jeszcze przed schroniskiem. (fot. Przecier)

Jeszcze przed zejściem do doliny musieliśmy pokonać jeden trudniejszy odcinek, jakby korytem wysuszonej rzeki, w którym znajdowało sie jednak sporo sztucznych ułatwień pomagających w zejściu. Po zejściu z tego koryta musiałem zrobić sobie chwile przerwy, bo byłem już solidnie zmęczony. Tutaj grupa się lekko rozprężyła, ale już po chwili znów byliśmy zjednoczeni we wspólnym celu – jak najszybszym dotarciu do schroniska, a potem parkingu. Na zegarze była godzina 21, a my widzieliśmy migocące w oddali światła schroniska.

Obrazek
Kapliczka obok Triglavskiego Domu (fot. Przecier)

Obrazek
A tu Triglavski Dom w pełnej okazałości (fot. Przecier)

Ostatni etap to już spacer po wygodnej ścieżce, choć nawet ten fakt niespecjalnie nas cieszył, bo wszyscy mieli już chyba serdecznie dość tej góry. Wreszcie około 22 dotarliśmy do parkingu, gdzie uzupełniliśmy zapasy płynów i już nawet bez kolacji szybko rozbiliśmy namioty i odpaliśmy ciężko w śpiworach na maty. Cała akcja zajeła nam zatem około 14 godzin, wliczając w to (długie) postoje i konieczność nadrabiania drogi z Domu Planika do Triglavskiego Domu.

Obrazek
Obrazek
Rzut oka wstecz z podejścia pod Triglav od schroniska. (fot. Przecier)


02.10.2016

Niedzielny poranek przywitał nas nieustannie padającym deszczem. Miało to swoje niewątpliwe zalety w postaci zupełnie opustoszałego parkingu i nienadjeżdżających od rana aut z turystami chcącymi wejść na szczyt. Zwlekliśmy się tylko ze śpiworów, spakowaliśmy jako tako mokre namioty do auta i wyruszyliśmy w droge powrotną do kraju., nawet bez śniadania.

Nie był to jednak koniec przygód. Na granicy słoweńsko-austriackiej celnik zapytał mnie o słoweńską winietę. Gdy odpowiedziałem, że nie posiadam i czy moge gdzieś tu kupić, zaprosił mnie kulturalnie na bok, ale na szczęście obyło się zarówno bez mandatu, jak i bez łapówki. Ale ciśnienie z rana trochę podniósł. Na szczęście potem droga powrotna przebiegała już w zasadzie bez przeszkód.

Obrazek
Grań szczytową pokonywaliśmy przy takiej widoczności (fot. Przecier).

Na śniadanie zatrzymaliśmy się dopiero w okolicach Grazu, gdzie udało nam się znaleźć to, czego szukaliśmy – parkingu z altankami, a nie wyłącznie restauracji, w których trzeba za bułkę zapłacić grube milijony. Na parkingu przygotowaliśmy sobie śniadaniową jajecznicę, opróżniliśmy częściowo bogate jeszcze zapasy jedzenia i ruszyliśmy w dalszą drogę. W Krakowie zameldowaliśmy się około 21.

Obrazek
Puszka na potwierdzenie, że dotarliśmy na szczyt ;) (fot. Przecier).

Mamy świadomość, że na wyjeździe popełniliśmy szereg błędów z najważniejszym, czyli zbyt późnym wyjściem na szlak. Wracamy jednak z tej historii bogatsi o nowe doświadczenia i nauczkę, że w górach zawsze im wcześniej, tym lepiej. Nocne zejścia ferratami to niezwykle ciekawe doświadzczenie, ale nie chciałbym go chyba zbyt często powtarzać.

Wyceny ferrat to kolejny temat, który analizowaliśmy po zejściu. Dla niektórych w zespole ferrata zejściowa ma zbyt niską wycenę w porównaniu do wejściowej (B vs. B/C), choć do takich wniosków po części popycha fakt dodatkowych trudności w postaci ciemności, zmęczenia i upierdliwości szlaku w postaci osypujących się kamieni. Czy zejście przez Tominskovą Pot byłoby łatwiejsze? Nie wiem, nie odważę się wysuwać takich tez. Może za rok przekonam się o tym osobiście.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr paź 12, 2016 5:21 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt maja 04, 2010 5:34 pm
Posty: 415
Lokalizacja: Rybnik / Piding
Fajny rok mieliście. Gratuluję zdobytych szczytów, a przede wszystkim fajnej, zgranej ekipy, z którą można robić wszystko :) Świetne relacje :)
Na Glocknerze byłem kilkanaście dni po Was, niewiele brakowało, byśmy się trafili :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt sty 13, 2017 9:42 am 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn sie 30, 2010 12:43 pm
Posty: 3331
Lokalizacja: Węgierska Górka
graty za udane akcje. Na Triglav robiłem taką samą trasę jak Wy. Dodatkowo wchodziliśmy jeszcze na szczyt Rz. Wyszło nam ponad 13godz i ok. 2000m przewyższenia. Na jednodniową turę Triglav to kondycyjnie wymagająca góra. Szkoda, że widoków nie mieliście na grani bo roztacza się z niej świetny widok no i wrażenia są lepsze ;). Nie zazdroszczę schodzenia nocą przez Prag zwłaszcza po tych kruchych odcinkach.

_________________
Galeria zdjęć


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Wt sie 21, 2018 5:36 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Akt IV - Alpejski trypty graniowy, Droga Jubileuszowa, sierpień 2018


Pomysł na wycieczkę w Alpy narodził się podczas wakacji, bo szybki rzut oka w kalendarz pokazał, że święto narodowe 15. Sierpnia wypada akurat w środę, więc biorąc dwa dni urlopu można uzyskać aż pięć dni wolnego. Zainspirowany opowieściami Boba z Drogi Jubileuszowej, którą urobił przed rokiem oraz jego doświadczeniami z grani południowo-zachodniej (Studlgrat) na Grossgocknerze w Austrii, zebrałem ekipę i pojechaliśmy w Alpy celem urobienia tych właśnie dwóch dróg. Bob również zechciał pojechać z nami, by powtórzyć przejście Drogi Jubileuszowej (D, 3-) oraz wyrównać rachunki ze Studlgrat (3+, A0), która nie puściła go w czerwcu. Ponieważ jednak jechaliśmy aż na pięć dni, była szansa na urobienie czegoś jeszcze, więc asekuracyjnie nazwaliśmy wyjazd alpejskim tryptykiem graniowym ;)

Obrazek
Widok na dolinę pod Osterfelderkopf. Początek podejścia na Alpspitze.

Wyjechaliśmy z Wrocławia we wtorek po pracy, by dotrzeć na parking pod stacją kolejki zameldować się o północy. Po chwili dotarło auto z drugą częścią ekipy. Tam zabiwakowaliśmy i rano wjechaliśmy kolejką na Osterfelderkopf (2057m npm), skąd łatwa ferrata (B) prowadzi na wierzchołek Alpspitze. (2628m npm). Niemal natychmiast się oszpeiliśmy i ruszyliśmy w kierunku ferraty. Szybko pokonaliśmy pierwsze metry podejścia, ale przy dotarciu do ferraty naszym oczom ukazał się nieprzyjemny widok mega zatoru, którego nie sposób było ominąć. Musieliśmy zatem cierpliwie odczekać swoje (i zmarnować blisko godzinę), aby przejść fragment ferraty, po którym odbija się w prawo w kierunku Drogi Jubileuszowej, zamiast atakować wierzchołek. Korek spowodowany był pewną panią, której głowa ewidentnie nie nadążała za nogami i z wyraźnymi problemami z reagowaniem na ekspozycję, bardzo wolnym krokiem pokonywała ona kolejne metry, przypięta swoją uprzężą i ciągnięta przez swojego partnera.

Obrazek
Zator na ferracie prowadzącej na Alpspitze.

Obrazek
Początek Drogi Jubileuszowej.

Po zejściu na właściwą ścieżkę, szlak od razu się rozluźnił. Spokojnym krokiem pokonywaliśmy kolejne metry, starając się iść ściśle granią, a w miejscach gdzie było to niemożliwe, zgodnie z oznakowaniem szlaku. Zostawiliśmy jednak nieco z boku wierzchołek Horchblassen (2707m npm), by jednak wejść na chyba najbardziej efektowną turnię na całej grani – Volkarspitze (2618m npm). Zejście z tej turni to chyba najtrudniejszy fragment na całej grani (jedyny wyceniony na D), ale obecność sztucznych ułatwień i stalówki bardzo pomaga. Po zejściu niedługo potem docieramy do grupy wierzchołków nazwanych Hollentalspitzen. Po minięciu pierwszego – Ausserehollentalspitz (2720m npm) schodzimy nieco w dół do awaryjnego schronu, położonego na wysokości 2684m npm. W nim jednak nie ma miejsc i nie ma tym samym opcji, abyśmy mogli w nim zabiwakować i dokończyć trasę następnego dnia. Na zegarze jest godzina 15. Robimy krótką przerwę na jedzenie i picie i decydujemy, że chcąc nie chcąc, musimy iść dalej. Jest to mniej więcej prawie połowa drogi.

Obrazek
Początek Drogi Jubileuszowej. Gdzieś tam w oddali w chmurach majaczy Zugspitze...

Obrazek
Jeszcze w niezłej pogodzie...

Obrazek
Zejście z Volkarspitze.

Kontynuując wędrówkę granią mijamy najwyższy w grupie Mittelehollentalspitz (2743m npm), a po chwili ostatni z nich – Innerehollentalspitz (2741m npm). Niestety pogoda zaczyna się psuć i na niebie pojawia się coraz więcej chmur. Z drugiej strony ma to jednak swoje plusy, bo operujące słońce mocno nas odwadniało. Przy zachmurzeniu jest szansa, że będzie nieco chłodniej i nie będziemy się tak pocić. Następnie oznakowanie szlaku wprowadza nas w małe zakłopotanie. Grań bowiem prowadzi prosto, tymczasem znaki pokazują, że musimy skręcić ostro w prawo, niemal zawrócić i zejść kilkadziesiąt metrów w dół. Po zejściu dociera do nas, że tamto miejsce było po prostu zwornikiem grani i teraz widzimy dalszy przebieg drogi.

Obrazek
No cóż. Ludzie gór ;) Pierogów nam się zachciało ;) PDK :P

Następne metry to mozolne podejście pod górę. Chwilami łatwiejsze (1), chwilami nieco trudniejsze (2+), ale oznakowanie pomaga wybierać właściwe warianty. Na zejściu ze zwornika gubimy kontakt z czterosobową grupą, więc automatycznie tworzą się dwie tak liczne grupy. Prowadzę tę drugą, choć sił nie mam za wiele. Od rana nic nie zjadłem. Próbuję wdusić w siebie batona, ale pierwszy kęs kończy się odruchem wymiotnym. Pokonuję całe to nieubezpieczone podejście i docieram z powrotem na grań, a niedługo potem towarzysze z drugiej grupy. Robimy tu krótki odpoczynek na jedzenie i picie. Tym razem baton wchodzi już znacznie lepiej i czuję, że powoli wracają mi siły.

Obrazek
Jeden z wielu przystanków na trasie. Sądząc po aurze na zdjęciu, w początkowej fazie drogi...

Przed nami teraz jeden trudniejszy odcinek ściśle granią (2), który jest jednak dobrze ubezpieczony. Od czasu do czasu pojawiają się sztuczne ułatwienia w postaci stalówki, ale nie ma jej tutaj aż tyle, co w pierwszej połowie drogi. Wreszcie docieramy do ostatniego (wg topo) trudniejszego fragmentu drogi – Die Glatte Rinne: wycenionego na 3- podejścia. Przejście jest jednak łatwe, bo ubezpieczone stalówką i klamrami (dlaczego w takim razie nie ma wyceny ferratowej, np. C/D?). Z wierzchołka, na który docieramy, zjeżdżamy na linie pozostawionej przez poprzedni zespół i zabieramy ją ze sobą. Zejście w tym miejscu nie jest może bardzo trudne, ale nieco upierdliwe, a zmeczenie daje znać o sobie, stąd decyzja o użyciu liny. Teraz już łatwym, jedynkowym terenem dochodzimy do kolejnego wierzchołka, z którego widzimy już wyłaniające się zza chmury żurawie, maszt antenowy, a po chwili również złoty krzyż na wierzchołku. W międzyczasie otrzymuję SMSa od Boba, że pierwszy zespół dotarł już do restauracji na szczycie. My docieramy tam ok 20 minut później, przy słabych promieniach zachodzącego słońca. Chmury niestety już niemal szczelnie zasłoniły niebo i widoczków specjalnie nie mamy. Czas przejścia Drogi Jubileuszowej zamknął się w około 9 godzinach (11-20), a totalny czas akcji górskiej byłby na pewno lepszy, gdybyśmy nie utknęli na ferracie prowadzącej na wierzchołek Alpspitze.

Obrazek
Die Glatte Rinne (?)

W restauracji zamawiamy piwo i mamy nadzieję, że jej gospodarz pozwoli nam przenocować w tamtejszym gościnnym pokoju tak samo, jak pozwolił Bobowi i jego ekipie przed rokiem. Niestety tym razem jest tam już pełne obłożenie i nie ma miejsc, więc musimy znaleźć sobie inne miejsce na nocleg. Po małej różnicy zdań między pracownikami obiektów na szczycie, ostatecznie nocujemy w śpiworach na schodach między piętrami. Rano budzi nas przenikliwe zimno, gdyż według prognoz nad ranem miało być zaledwie -2 st. Celsjusza. Dość spartańskie warunki noclegowe rekompensują nam jednak fantastyczne widoki na Alpy o wschodzie słońca. W oddali możemy dostrzec austriackie trzytysięczniki z Grossglocknerem na czele, a gdzieś tam daleko przebija się włoski czterotysięcznik – Piz Bernina. Jedyny chyba czterotysięcznik, który można dostrzec z najwyższego szczytu Niemiec. Pakujemy mandżur, idziemy do restauracji na herbatę, a niedługo potem zjeżdżamy kolejką pod Eibsee.

Obrazek
Wschód słońca na Zugspitze. Takich widoków się nie zapomina.

Obrazek
Kąpiel w Eibsee u podnóża Zugspitze :)


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Śr sie 22, 2018 3:41 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Akt V - Alpejski tryptyk graniowy, Koenigsjodler, sierpień 2018


Po zjechaniu z Zugspitze i zjedzeniu śniadania sprawdziliśmy jakie warunki panują aktualnie na Grossglocknerze i czy jest w ogóle sens tam jechać. Niestety większość prognoz była jednoznacznie i bezwzględnie pesymistyczna: od czwartku do niedzieli pod Glockiem ma padać. Mniej lub więcej, ale ciągle ma padać. Wyglądało więc na to, że nie ma po co jechać na najwyższy szczyt Austrii i trzeba znaleźć inny cel. Pierwszym pomysłem był Dachstein, który jest oddalony od Zugspitze o dosłownie sto kilkadziesiąt kilometrów. Niestety prognozy dla Dachsteinu i rejonu jeziora Gosau również nie były optymistyczne. Ostatecznie zatem wybraliśmy za cel ferratę Koenigsjodler położoną w masywie Hochkonig, uchodzącą za prawdziwy must-see dla wszystkich miłośników żelaznych dróg, gdzie według prognoz pogoda ma być całkiem dobra.

Obrazek
Widok na szczyty oświetlane promieniami wschodzącego słońca podczas podejścia pod początek ferraty.

Ferrata Koenigsjodler znajduje się w masywie Hochkonig, którego najwyższy wierzchołek osiąga wysokość 2941m npm. Ferrata nie wprowadza na tenże najwyższy wierzchołek, a kończy się na niższym wierzchołku Hocher Kopf (2875m npm). Ferrata uchodzi za jedną z trudniejszych i najładniejszych widokowo nie tylko w Austrii, ale w całych Alpach. Trudność tej ferraty wycenia się na (D, 1-) i prowadzi ona niemal w całości granią masywu. Na szczycie zaś Hochkonig znajduje się schronisko (a w zasadzie restauracja) Matrashaus, które jest jedno z wyżej położonych i dostępnych dla turystów obiektów w całej Austrii.

Aby dotrzeć do ferraty, udaliśmy się w kierunku Rosenheim, skąd potem dalej na wschód do Austrii. Od Lofen droga jest już znacznie lepsza, mniej zakrętów, skrzyżowań i chyba też samochodów. Najlepiej wystartować na szlak z Przełęczy Dienten Saddle. Docieramy tam około godziny 22, ogarniamy namioty i szybko zapadamy w sen. Z informacji Boba, który na tej ferracie już był wynika, że czeka nas przynajmniej dziesięciogodzinna akcja górska następnego dnia.

Wstajemy o godzinie 5, zwijamy mandżur, bo na parkingu obowiązuje zakaz biwakowania choć już w tych godzinach widać turystów zmierzających na szlak, którzy, gdyby tylko chcieli być bardziej życzliwi, mogliby nas już dawno zadenuncjować. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca i po zwinięciu namiotu i zjedzeniu śniadania udajemy się na szlak. Grupa szturmowa z ośmiu osób zostaje zredukowana do sześciu. Bob nie zamierza powtarzać ferraty i chce tego dnia wypożyczyć rower gdzieś w okolicy, a Aron odczuwa jeszcze trudy Drogi Jubileuszowej i decyduje się pozostać na parkingu. Czas operacyjny mamy nienajgorszy. Przy wejściu na szlak na zegarku widnieje godzina 6.20.

Obrazek
Sześciu wspaniałych ;) A raczej ich cienie ;)

Szybkim krokiem docieramy do chatki Erichhutte, gdzie schodzimy z szerokiej utwardzonej drogi, a wchodzimy na właściwy szlak podejściowy. Podejście pod ferratę z parkingu ma nam zająć w sumie około 2,5 godziny. Nie marnujemy zatem czasu i rozpoczynamy właściwe podejście. Ścieżka jest dość miękka, ale nie prowadzi zbyt ostro pod górę. Mimo wszystko albo jestem bez formy albo ociężały po śniadaniu, albo reszta ekipy narzuciła zbyt duże tempo, bo ewidentnie nie mogę im dorównać kroku. Człapię kilka minut za resztą stawki, ale powoli i konsekwentnie nabieramy wysokości. Około godziny 7.20 robimy postój na rozdrożu, który wskazuje mi wysokość ponad 1800m npm, co pokazuje, że w godzinę urobiliśmy 600m deniwelacji. To by tłumaczyło, czemu tak mi ciężko dogonić ekipę. Idziemy bardzo szybko i, w mojej ocenie, za szybko. Werbalizuję swoje obawy, ale niespecjalnie się ktoś nimi przejął. Nadal wiernie zamykam peleton, ale już niedługo bo ok godziny 7.50 docieramy do początku ferraty. W międzyczasie wygodna ścieżka z alpejskich hal przeniosła się w rejony wapiennych turni, gdzie trzeba już używać rąk. Docieramy do przełęczy Hoche Scharte, a po chwili do miejsca, gdzie widnieje tabliczka informująca o rozpoczęciu ferraty. Szpeimy się, ale już na początku mamy problemy. Mario, który idzie jako pierwszy odpada od ferraty i zatrzymuje go jedynie (pożyczona ode mnie) lonża. Po chwili Przecier zalicza falstart i uderza się w palec u ręki, który miał niedawno szyty. Ból jest tak duży, że dla niego to koniec wycieczki. Proszę go zatem o pożyczenie lonży, abym nie musiał iść na sztywnej i zakręcanych HMSach. Przecier oddaje mi lonżę i decyduje się na zejście. Jak się okazuje, w zejściu towarzyszyć mu będzie również Paweł, który też nie czuje się na siłach, aby kontynuować przejście, a może wystraszył się odpadnięcia Maria. Koniec końców, w ferratę wchodzą cztery osoby. Oprócz mnie i Maria jest też Grzesiek i Dyzio.

Obrazek
Końcowy fragment podejścia na widoczną przełęcz, gdzie rozpoczyna się ferrata.

Początkowo ferrata wprowadza na turnię nazwaną Flower Tower, skąd eksponowanym trawerem (C/D) docieramy na turnię Teufelsturm. Tutaj czeka nas czujne, ale krótkie zejście i po chwili trzeba przejść przez krótki mostek Teufelsschlucht. Następnie znów czujnym trawersem obchodzimy turnię Jungfrauensprung. Schodzimy do kolejnego siodła i krótkim nieubezpieczonym fragmentem (1-) podchodzimy pod turnię, z której aby przedostać się na drugą stronę są dwa warianty drogi. Pierwszy zakłada przedostanie się korzystając z jednej stalowej liny przytwierdzonej do obu skalnych ścian (Flying Fox za D) lub obejście dołem aż do szczerbiny i powrót do góry za B/C. Decydujemy się na pierwszy wariant, bo wydaje się on znacznie ciekawszy. Pierwszy zespół w składzie Mario & Dyzio ma już za sobą, a Mario ze szczytu kolejnej turni, Teufelshorn, robi nam zdjęcia i kręci filmy. Najpierw Grzesiek, a potem ja. Oprócz lonży do via ferrat, wpinamy się na sztywno na taśmie i HMSie i rozpoczynamy przejście. Grześkowi łapy puchną 4 metry przed końcem. Resztkami sił dociera do końca i opuszcza się po drugiej stronie przepaści. Teraz czas na mnie. Podwijam skarpety i ruszam. Mi też zaczyna brakować sił w podobnym momencie co Grześkowi. Końcówkę pokonuję sunąc już po linie, co niesie za sobą nieprzyjemne konsekwencje w postaci dość głębokiego obtarcia. Początkowo nawet go nie zauważam, ale z biegiem czasu zaczyna się z niego sączyć krew, więc muszę załozyć prowizoryczny opatrunek.

Obrazek
Szpagat ;)

Obrazek
A tu przejście w stylu Indiana Jonesa na Flying Fox

Po zejściu z Flying Fox chwilę odpoczywamy, a w międzyczasie wyprzedza nas zespół, który decydował się na obejście tego pseudomostka dołem. Grzesiek informuje mnie, że podczas mojego przejścia wypadła mi butelka z wodą, którą miałem przytroczoną do plecaka. Ponad litr płynu poleciał właśnie kilkadziesiąt metrów w dół... Na szczęście mam jeszcze nalgena, a w nim nieco ponad pół litra coli. Grzesiek ma przy sobie jeszcze litr wody i litr coli, więc powinno nam wystarczyć. Po chwili ruszamy na wierzchołek Teufelshorn, gdzie po zdobyciu wierzchołka schodzimy ostrożnie w dół (C) do kolejnej przełęczy. Następnie dość technicznym fragmentem podchodzimy pod kolejną turnię (C/D) i znów schodzimy do kolejnej przełęczy. Końcowy fragment tego krótkiego zejścia znów wymaga sporo czujności. Duża ekspozycja i stromizna na grani zasługuje w pełni w tym miejscu na wycenę C/D. Schodzimy do szerokiej przełęczy i tu chwilę odpoczywamy. Tu przed nami wyłania się teraz olbrzymie cielsko Kummetstein (2875m npm). Na oko to mamy przed sobą teraz przynajmniej 100-150 metrów niemal klasycznej wspinaczki po pionowej skale. Podchodzimy nieubezpieczonym (1) terenem po ścianę i już widzę, że będzie przednia zabawa. Słońce praży niemiłosiernie. W międzyczasie mijamy pierwsze awaryjne zejście szlaku do doliny dla tych, którzy nie czują się na siłach. Tabliczka informuje, że to dopiero połowa drogi przed nami.

Obrazek
Postrzępiona grań, na której poprowadzono ferratę Koenigsjodler

Odpoczywamy chwilę pod górą, pijemy wodę i rozpoczynamy wejście. Jest ono w całości ubezpieczone, co okazuje się bardzo pomocne. Droga momentami jest dobrze urzeźbiona, ale momentami trzeba się wspinać po gładkiej płycie o trudnościach, które wyceniłbym przynajmniej na IV+. W łatwiejszych fragmentach o dobrej rzeźbie trudności nieco puszczają, ale cały czas pracujemy w pionie. Tam, gdzie już zupełnie nie znajduję chwytów, ratuję się stalówką i wspinam się po niej. Wreszcie przez przedwierzchołek docieramy na szczyt. Po drodze odnajdujemy puszkę, ale nie wpisujemy się do zeszytu tylko napieramy dalej. Czas niby mamy dobry, bo na zegarze jest 11, ale cholera wie, jak w dalszej części prezentują się trudności. Schodzimy ze szczytu do kolejnej przełęczy. Znów chwilę odpoczywamy bo choć niebo coraz częściej zasnuwają chmury, jest bardzo ciepło.

Obrazek
Na szczycie widoczki nie oszałamiają

Przed nami wyrosła kolejna wielka góra z ostrym podejściem w górę. Na oko widać, że nie jest ono jednak aż tak wyrypiaste, jak poprzednie. Powoli pokonujemy kolejne metry podejścia (D, potem C), gdzie docieramy do siodła, gdzie robimy dłuższą przerwę na picie i jedzenie. W tym momencie właśnie decyduję się na opatrzenie rany na prawym Achillesie. Pijemy wodę i colę, jemy kabanosy i batony, aby nabrać energii. Martwią mnie trochę kurczące się nieco zbyt szybko zapasy wody i coli. Sporo zużyliśmy podczas podejścia pod Kummetstein, a tak naprawdę nie wiemy, jak jesteśmy daleko od końca ferraty. Po chwili dostaję smsa od Dyzia, że chłopaki dotarli do końca i idą do schroniska Matrashaus. My niedługo potem rozpoczynamy kolejne podejście po eksponowanej grani. Nie jest ono tak wyczerpujące fizycznie, ale siada na psychę, bo lufa z każdych stron syta. Po chwili ferrata „skręca” i nie prowadzi już ściśle granią, ale żlebem po lewej jej stronie. Wychodzimy ze żlebu i... okazuje się, że jesteśmy na szczycie! Na zegarze jest godzina 12, a my właśnie stoimy Hoher Kopf (2875m npm). W odległości kilkuset metrów od nas stoi majestatyczny Matrashaus na Hochkonig (2941m npm), ale nie decydujemy się na wizytę w schronisku, a niemal od razu rozpoczynamy zejście.

Obrazek
Grań widziana podczas zejścia

To początkowo jest paskudne. Prowadzi żlebem z luźno usypującymi się kamieniami. Należy szukać tych, które potencjalnie dobrze trzymają się podłoża. Szlak jest na szczęście dobrze oznaczony i obmalowany czerwoną farbą. Miejscami kluczy on między skałkami, których można się złapać, co pomaga utrzymać równowagę. W takim sypkim gównie schodzimy przez około godzinę, aż docieramy do odsłoniętej moreny lodowca z bardziej stabilnym podłożem. Tu nadal trzeba uważać, jak stawia się stopy, ale bardziej dlatego, żeby nie skręcić kostek, niż żeby nie polecieć na dół po sypkich kamieniach. Po prawej stronie cały czas widzimy w pełnej okazałości grań i turnie, którymi poprowadzona jest ferrata. Słyszymy też już z góry nawoływania Dyzia, który goni nas razem z Mariem. Po drodze jeszcze dołącza do nas para Węgrów (?) i w szóstkę schodzimy razem przez około pół godziny. Przekraczamy małe pole śnieżne –, gdzie jest poprowadzona stalówka, bo woda z roztapiającego się śniegu powoduje, że teren jest śliski.

Obrazek
Powoli wychodzimy z trudniejszego terenu.

Wreszcie docieramy do rozwidlenia szlaków. Jedna ze ścieżek prowadzi nadal moreną lodowca łagodnie w dół w kierunku dna doliny, a druga skręca w prawo i wspina się na przełęcz Hochscharte, gdzie droga łączy się z naszym szlakiem podejściowym. Trochę niechętnie, ale przyznaję rację chłopakom, żeby iść w prawo. Nasi nowi przyjaciele z Węgier jednak decydują się na wariant moreną i na tym rozstaju dróg się żegnamy. Idziemy w czwórkę w prawo i niedługo potem meldujemy się na przełęczy. Podejście wcale nie okazało się tak niebezpieczne i męczące, na jakie wyglądało z góry. Na przełęczy jednak nie zostajemy ani minuty i rozpoczynamy zejście znanym nam szlakiem.

Obrazek
A to już widoczek z dołu na grań. Widziany na prawo od przełęczy szczyt to Grandlspitz (2368m npm).

Po zejściu z najtrudniejszego fragmentu tej ścieżki, gdzie kluczy ona między skałkami (A/B) docieramy do miejsca, gdzie ścieżka jest już szersza, wypłaszczona i znacznie wygodniejsza. Tu robimy przerwę na krótką celebrację wniesionego przez Dyzia piwka, które dzielimy na czworo. Po krótkiej celebracji kontynuujemy zejście. Pogoda staje się coraz bardziej nieznośna. I wcale nie mam tu na myśli jej pogorszenia, opadów, mgieł, czy wiatrów. Wręcz przeciwnie. Niebo się wypogadza i temperatura rośnie, grzejąc w nas niemiłosiernie. Po około pół godzinie docieramy do restauracji Erichhutte, a po kolejnych 20 minutach do parkingu przy którym zostawiliśmy auto. Zerkam na zegarek, jest godzina 15.20, a zatem cała akcja górska zajęła nam 9 godzin, co należy uznać za dobry wynik.
Przy zejściu czeka na nas komitet powitalny w postaci czwórki, która została na dole. Są wszyscy. Bob specjalnie nie pojeździł, ale reszta chyba wypoczęła. Niemal natychmiast decydujemy się na odjazd z Dienten Saddle w kierunku jeziorka Konigsee w Alpach Berchtesgadeńskich, skąd będziemy mieć już nieco bliżej do Polski następnego dnia.

Obrazek
Typowy alpejski krajobraz ;)

Docieramy nad jeziorko do miejscowości Schonau am Konigsee. Tu znajdujemy camping i zostajemy na noc. Rozbijamy namioty na campingu i zasiadamy do kolacji. Po kolacji udajemy się nad rzekę, gdzie spędzamy czas na nocnych Polakach rozmowach przy kropelce czegoś mocniejszego, choć ja zostaję przy piwie. Jestem wyczerpany wyrypą z tego dnia i jestem przekonany, że sięgnięcie po mocniejszy alkohol zakończyłoby się natychmiastowym zgonem. Rano wcale nam się nie spieszy. Około południa zawijamy mandżur, ale jeszcze nie wracamy do Polski, a po drodze udajemy się nad jezioro Chiemsee, które jest czwartym co do wielkości (powierzchni) jeziorem w Niemczech i niejednokrotnie jest nazywane Bawarskim Morzem. Zostajemy tam do wczesnych godzin popołudniowych chillując nad wodą po czym udajemy się w drogę powrotną. We Wrocławiu meldujemy się punktualnie o 23 po 7 godzinach jazdy.

Obrazek
Jeziorko Chiemsee.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: Pt sie 24, 2018 12:37 pm 
Stracony
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Cz cze 18, 2009 11:04 am
Posty: 8849
Lokalizacja: miasto100mostów
Jak zwykle super relacja. No ten Konigsjodler taki całki mroczny się wydaje. Ciekawe czy jakoś bym tam sobie dał radę.
Zrobiliście naprawdę 2 godne granióweczki. Jak w ogóle przejście Grani jubileuszowej na żywca, korzystając tylko z tego co tam wisi, widzisz?

_________________
'Tatusiu, zostań w samochodzie, a my zobaczymy gdzie zaczyna się nasz szlak.'


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: So sie 25, 2018 8:07 pm 
Kombatant
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Wt sie 29, 2006 6:58 pm
Posty: 641
Lokalizacja: Dolny Śląsk
Ani przez moment nie poczułem się niekomfortowo ze względu na ekspozycję, czy trudności. Dużo łatwiejsza grań niż np Martinovka. Na pewno sztuczne ułatwienia na najtrudniejszych fragmentach, przede wszystkim na Volkarspitze, bardzo pomagają.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
PostNapisane: So sie 25, 2018 8:39 pm 
Uzależniony ;-)
Avatar użytkownika

Dołączył(a): Pn kwi 11, 2011 9:25 pm
Posty: 731
Lokalizacja: W-wa
Jeśli Flying Fox można obejść dołem, to ciekawe, czy ktoś przeżywcował Konigsjodlera.
Bardzo mi się podoba to przejście. Chyba jest jakieś wyjątkowe.


Góra
 Zobacz profil Wyślij prywatną wiadomość  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 20 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL