Najpierw na Maderę poleciała moja siostra cioteczna ze swoim facetem. Potem druga. Następnie koleżanka z pracy a na koniec kumpel, z którym znamy się już z dwadzieścia lat. Wszyscy przywozili z sobą genialne zdjęcia i opowieści jak to tam niby pięknie. Obejrzałam sobie kilkanaście filmów na youtube, które miały potwierdzić lub zadać kłam tym zachwytom. Po seansie przed monitorem stwierdziłem - "Osz kurde! Jadę!". Teraz do wyjazdu nie mógł mnie już nawet zniechęcić fakt, że swego czasu na archipelagu przebywał pewien polski dyktator oraz jakiś nowoczesny gamoń zgrywający ekonomistę i polityka.
Start z Okęcia:

O lądowaniu w Santa Cruz nasłuchałem, naczytałem i naoglądałem się wiele.
Miało wiać, targać samolotem na wszystkie strony i takie tam - oczywiście wszystko przebiegło spokojnie i na luzie.
Dzień 1 - FunchalStolica Madery położona jest na wzgórzach otaczających zatokę, zaś większość "atrakcji" jest położona w okolicach portu.
Pierwszy dzień poświęcam aby pokręcić się trochę po mieście i ogarnąć wycieczki, na które chcę się wybrać w kolejnych dniach.
Do "centrum" z "dzielnicy hotelowej" jest około 20 minut piechotą.
Zaraz przy zejściu na nabrzeże znajduje się hotel CR7 wraz z pomnikiem, przy którym turyści robią sobie pamiątkowe zdjęcia z
Ronaldinho (słyszałem na własne uszy!)

Promenada w okolicach hotelu CR7:

Zaraz obok mamy marinę, z której co chwilę mniejsze lub większe jednostki wypływają na wycieczki po okolicy:

Idę dalej wzdłuż nabrzeża:


Kamienista plaża w centrum Funchal:

Dochodzę do Forte de Sao Tiago:

W tym miejscu robię nawrotkę drugą stroną ulicy z zamiarem zahaczania o budynki i budyneczki zaznaczone na mojej mapie.
Na pierwszy ogień idzie Palacio de Lourenco:



Odbijając trochę na północ dochodzę do katedry z pomnikiem Jana Pawła II:

Po chwil stoję już pod pomnikiem Zarco, odkrywcy wyspy:

Rzut beretem obok znajduje się Camara ... do Funchal (ratusz):

Oraz Igreja do Colegio dos Jesuitas (kościół Jezuitów?):

Ostatni punk mojego programu to fort na wzgórzu. Znów odbijam na północ.
Mijam Igreja de Sao Pedro:

W końcu robi się w miarę pusto i mało "turystycznie":

Droga trochę staje dęba. Według mapy by trafić pod wejście do fortu pod szczytem wzgórza powinienem odbić w lewo.
Odbijam ale trafiam w jakiś ślepy zaułek. Po chwili to samo. Trzecia próba i jest!
Fortelaza do Pico:


Widok z fortu na Funchal:

Słońce daje się we znaki. Postanawiam zrobić przerwę na piwo i zakończyć na tym turystykę miejską.
Dzień 2 - Assobiadores/FanalOkoło 9 lokalną ekspresówką mkniemy już z Funchal w kierunku zachodnim.
Wszędzie wokół wzgórza, jasne domy z pomarańczowymi dachami, ocean i plantacje bananów.
Po kilkunastu kilometrach skręcamy na północ a po kolejnych kilku kilometrach zaczynamy nabiegać powoli wysokości.
Serpentyny drogi dają genialne widoki na dolinę rzeki Riberia de Serra de Agua i otaczające ją góry. Po prostu bajka!
Po około 20 minutach jazdy w górę docieramy do miejsca zwanego Encumeada.
Na miejscu kilka barów, sklepy z pamiątkami. Wieje jak cholera, wokół chmury. Tak więc widoki nijak mają się do tych z trasy...

Po chwili przerwy jedziemy dalej na płaskowyż Paul da Serra. Oczywiście wszystko w chmurach ale klimat miejsca jest całkiem ciekawy. Jako, że zwykle piździ tu jak w kieleckim to wybudowano tu kilkanaście wiatraków, które produkują miejscowym energię elektryczną. Jesteśmy właściwie na granicy wyspy. Południe Madery jest spokojne, gorące i suche - na północy wieje i dość często pada. To właśnie z północy woda systemem lewad transportowana jest na południe, gdzie służy do nawadniania pól i do picia.
Wysiadamy na płaskowyżu i idziemy kilkaset metrów dość płaskim terenem ze średniej wielkości krzaczorami.
Potem trochę w dół i wchodzimy do wilgotnego lasu...


Wprawdzie deszcz nie pada ale z porośniętych mchem drzew non stop leje się woda. Rośliny łapią wilgoć z chmur, ta skrapla się i tym sposobem północ wyspy jest bardzo bogata w wodę. Wokół cisza, mgła i drzewa. Genialne miejsce.
Po jakimś czasie wychodzimy z lasu jednak cały czas jesteśmy w chmurze.

Od czasu do czasu coś tam trochę widać:

Jest coraz lepiej!

W końcu wiatr rozgania chmury i można nacieszyć się widokami!


Głęboko wcięte doliny. Całkiem strome, zielone wzgórza.
Wywalić ludzi, wypuścić dinozaury! Miejsce w sam raz na jakiś Park Jurajski.
Cały czas trawersujemy jakieś wzgórza. Wokół zieleń:

Ostatnie spojrzenie na grzbiet leżący po drugiej stronie doliny:

Wychodzimy na płaskowyż porośnięty krzaczorami i poprzecinany drogami o mniejszej i większej szerokości:

Ostatni odcinek drogi to znów mroczny i wilgotny las:

Właśnie w takich okolicznościach przyrody docieramy do Fanal.
Lajtowa trasa (w lokalnej czterostopniowej "turystycznej" skali trudności określona jako najtrudniejsza), piękne widoki, zero ludzi. Piękny początek!
Po drodze do Funchal robimy mała przerwę z widokiem na plaże w Calheta:

Jest to jedna z dwóch plaż na wyspie z jasnym piaskiem przywiezionym z Maroka (druga znajduje się w Machico).
Dzień 3 - Plan "B"Plan na ten dzień zakładał zdobycie najwyższego szczytu wyspy - Pico Ruivo.
Prognoz pogody nawet nie sprawdzałem. Przecież tu zawsze słońce. Taaaaa...
Wprawdzie z Funchal wyjeżdżamy w słońcu i cieple ale im dalej tym gorzej.
Po chwili jedziemy już w chmurze. Po kolejnej chwili zaczyna wiać. Potem padać...
Zaczyna się taka dupówa jakiej nie widziałem nawet w Tatrach.
Widoczność na dwa metry, wiatr przewala się z hukiem przez grzbiety i targa busem, deszcz wali po szybach.
Wyjścia są trzy:
1. Ciśniemy dalej mimo niepogody.
2. Wracamy do Funchal.
3. Próbujemy wdrożyć plan "B" czyli jakaś lewada z południa wyspy.
Wybieramy opcję trzecią.
Tak więc z gór zjeżdżamy na wschód wyspy w kierunku Machico.
Tu na obrzeżach miasta staruje lewada:

Co to są lewady? Najprościej mówiąc są to kanały transportujące wodę do różnych celów z miejsc gdzie ona jest do mniej gdzie jej brakuje.
Na wyspie są setki kilometrów lewad, z których część służy za atrakcje turystyczne.
Tu pogoda jest bez zarzutu. Idziemy spokojnym spacerkiem w górę podziwiając widoki wokół.
Wzgórza otaczające Machico:

Widok na miasteczko, ocean i szczyt Pico do Facho (322 m n.p.m.) po lewej:

Po kilkudziesięciu minutach lewada odbija w boczną dolinę a po kilkunastu następnych my odbijamy na ścieżkę łagodnie wznosząco się ku górze.

Kolejnych kilkadziesiąt minut i stajemy na punkcie widokowym Boca do Risco.
Osz kurka jak tu pięknie! Właściwie w każdą stronę widok powala!



Robimy przerwę na zdjęcia i jakieś małe żarełko. Dalsza część trasy biegnie trawersem po klifach. Zapowiada się super!
Ruszamy w dalszą drogę. No ale taką drogą nie da się iść! Co chwilę trzeba się zatrzymywać i robić użytek z aparatu.
Widoki obłędne! Taki plan "B" to ja mogę mięć codziennie!



Po jakimś czasie na wschodzie pojawiają się widoki na skały Przylądka św. Wawrzyńca:

A na zachodzie widać Pico de Aguia (590 m n.p.m.) i miasteczko Porto da Cruz:

Dochodzimy do Cova das Pedras i zjeżdżamy na dół by chwilę połazić po mieście.
Choć nie wiem czy miano "miasto" nie jest trochę na wyrost. W każdym razie otoczenie jest całkiem przyjemne.
Z oceanu wystaje skała zwana Ilheu:

Basen przy samym oceanie w Porto da Cruz:

Domy rozsiane na wzgórzach wybrzeża:

Jeszcze ostatnie spojrzenie na klify północno wschodniej części wyspy:

Miało być pięknie mimo zmiany planów wyszło pięknie. Dzień petarda!
ciąg dalszy nastąpi