Miało być skalne lato w Tatrach a skończyło się jak zwykle.
Problem z barkiem wykluczał używanie rąk w górach ale siedzenie w domu na urlopie to byłaby katorga.
Szybko więc ogarniam temat i już kilka dni po awaryjnym powrocie ze Smokowca pędzę w Beskidy!
Dzień 1Standardowo raniutko pakuje się do pociągu:

Pierwsza przesiadka w stolicy, druga w Katowicach.
W Bielsku dosiada się Mateusz i bez zbędnych ceregieli zaczynamy uzupełniać płyny. Wszak odwodnienie w górach (jak i w pociągu) to straszna rzecz!
Wysiadamy w Węgierskiej Górce i kierując się czerwonymi znakami drepczemy asfaltem na południowy wschód.
Kręcimy się chwilę po Schronie bojowym "Wędrowiec":



Po chwili udaje nam się złapać stopa. Gość podrzuca nas do Żabnicy i wyrzuca pod sklepem, w którym uzupełniamy braki zupy chmielowej.
Stąd jakąś dróżką przez trawy i chaszcze przedzieramy się na pałę w górę, w kierunku ścieżki prowadzącej grzbietem Abrahamów.
Z okazji dojścia do ścieżki, która prowadzi Główny Szlak Beskidzki zarządzamy przerwę i konsumpcję płynów.
Pogoda lekko się chrzani ale raz na jakiś czas pojawiają się nawet widoki.
Tu załapało się nawet Jezioro Żywieckie:

Czas w drogę. Trasa wiedzie cały czas grzbietem Abrahamów. Wokół lasy i polanki. Pod stopami błoto - stały punkt podczas chyba każdej z moich wizyt w Beskidach. Nieśpiesznie drepczemy grzbietem.
Czasami udaje się złapać w obiektyw coś w tym stylu:


Dochodzimy na nocleg do Słowianki. Poza właścicielami i nami nocuje jeszcze tylko jakiś grzybiarz. Bardzo przyjazne miejsce z klimatem.
Jemy kolacje, bierzemy prysznic i możemy na spokojnie zająć się alkoholizacją.
Dzień 2Zaczęło lać już w nocy. Miałem cichą nadzieję, że może przestanie ale nie przestało.
Jemy śniadanie i kombinujemy co robić bo na zewnątrz totalna zlewa.
Nie ma zasięgu, więc nie mamy aktualnej prognozy ale Mariusz stwierdza, że podobno ok 10 ma przestać padać.
No to bierzemy się za browary. Oczywiście o 10 ulewa nadal trwa w najlepsze.
Decydujemy, że trzeba napierać. Aparat ląduje na spodzie plecaka.
Wychodzimy na deszcz, chłód i błoto i idziemy w kierunku Romanki.
Właściwie to nie ma nad czym szczególnie się rozpisywać: nic nie widać, z góry leją się na nas hektolitry deszczu a my uskuteczniamy piruety na błotnej ścieżce.
Wchodzimy na Romankę (1366 m n.p.m.) i zbiegamy w kierunku Hali Pawlusiej.
Mateusz twierdzi, że są stąd genialne widoki. Nie potwierdzam gdyż od rana idziemy w chmurze i wokół tylko szarość.
Dochodzimy na Halę Rysiankę i pakujemy się do schroniska. Jest w miarę ciepło! Uf!
Jemy ciepłą zupę i tankujemy zimne browary.
Na ekranie telewizora mecz Brazylia:Norwegia w ręczną kobiet. Ach ta skandynawska uroda!
Na zewnątrz cały czas pada, zimno i wieje więc przeciągamy wyjście ze schroniska tak długo jak się da.
W końcu wiatr zaczyna przewiewać chmury! Przestaje padać! Yeah!
Wychodzimy i idziemy w kierunku Trzech Kopców (1216 m n.p.m.). Nawet coś tam widać!

Pilsko (1557 m n.p.m.):

Poniżej hali spotykamy zawodników Ultramaratonu Chudy Wawrzyniec (82,73 km).
Będziemy się z nimi mijali praktycznie do końca dnia. Jak dla mnie to ludzie cyborgi!
Z Trzech Kopców schodzimy ku Przełęczy Bory Orawskie. Tu zaczyna się błotny Armagedon.
Syf niesamowity. No ale w końcu to Beskidy!
Ostatnie podejścia robimy w takim błocie, że klnę wszystko i wszystkich. Mamo! Ja chcę w Tatry!
Mijamy Wielki Groń (1075 m n.p.m.), Grubą Buczynę (1132 m n.p.m.), Krawców Wierch (1084 m n.p.m.) i schodzimy na Halę Krawcula do bacówki na nocleg.
Widok z hali:


W końcu można zdjąć mokre ubranie i buty! Och jak przyjemnie!
Do tego znów gorące żarcie i zimne piwo.
Do późnej nocy siedzimy z fajnymi ludźmi, w klimatycznym miejscu, z browarami w ręku. To lubię!
Dzień 3Od rana pogoda żyleta. Wychodzimy na halę zrobić kilka zdjęć:




Schodzimy do Glinki. Buty wprawdzie nie wyschły przez noc i są mokre ale idzie się całkiem przyjemnie.
Z Glinki wchodzimy na grzbiecik w okolicach Brejówki (743 m n.p.m.) i idziemy w kierunku Soblówki.
Wokół cisza i spokój:


Z Soblówki w końcu konkretniej pod górę! Ku Przełęczy Kotarz (975 m n.p.m.).
Momentami znów niemiłosierne błoto - nigdy się chyba do tego nie przyzwyczaję!
Na przełęczy robimy chwilę przerwy przed decydującym podejściem na Kotarz (1107 m n.p.m.) i Muńcuł (1165 m n.p.m.).
Dochodzimy na Halę na Muńcole. Widoki bajka!
Widać między innymi Pilsko i okoliczne szczyty:

Są też Tatry:

Zarządzamy dłuższą przerwę na zdjęcia.



Dla przyzwoitości wchodzimy na szczyt Muńcoła i znów brodząc w błocie schodzimy w kierunku Ujsoł.
Teraz czeka nas najgorsze: 4 kilometry asfaltem do stacji w Rajczy.
Metry dłużą się niemiłosiernie ale w końcu docieramy na miejsce.
Na stacji parę osób z plecakami i kijkami ale tylko my dwaj jesteśmy upieprzeni w błocie.
Nie mam zielonego pojęcia gdzie ci ludzie chodzili...
Na koniec mamy jeszcze w pociągu spotkanie z Tyskimi wracającymi z obstawą z meczu Górnika Wałbrzych w Bielsku.
I na tym kończą się beskidzkie atrakcje. Teraz kierunek Riła!