PROLOG
Na pomysł wpędzenia wakacji w poniżej opisany sposób wpadliśmy wracając ze zwiedzania Zamku w Mosznej w lutym tego roku. Nasza znajomość Polski na wschód od Wisły i na południe od Bugu była, spokojnie można powiedzieć, zerowa. Sześć lat wcześniej byliśmy tydzień w Bieszczadach, ja za czasów licealnych byłem jeszcze w Łęcznej na zawodach sportowych. I to w zasadzie na tyle. Po ubiegłorocznych wojażach w Dalmacji stwierdziliśmy, że nadszedł czas na lepsze poznanie kraju ojczystego. Po pierwsze chcieliśmy wrócić w Bieszczady i wyskoczyć do Lwowa. Potem doszło do tego Roztocze. I Zamość. A jeszcze później zacząłem po prostu przeglądać mapę szeroko pojętej okolicy. Lublin? Czemu nie. Polesie – ma park narodowy. Jedziemy! I tak krok po kroku powstawał szkielet, kolejnym zadaniem było znalezienie miejsc noclegowych i poskładanie tego razem. Troszkę za późno się za to zabrałem (był już kwiecień) i sporo miejsc było przebranych ale myślę, ze i tak wyszło nieźle.Chcąc upiec jeszcze jedną pieczeń na tym samym ogniu namówiłem żonę na dołożenie do pierwotnego planu bazy w Beskidzie Niskim oraz powrót przez Góry Świętokrzyskie. Umożliwiło mi to wejście na trzy kolejne góry Korony Gór Polski. Z tego rodzaju zbieractwa można się smiać, ale prawda jest taka, że bez tej motywacji wielu pięknych miejsc nigdy w życiu byśmy nie odwiedzili.Co do Beskidu Niskiego to jeszcze kilka miesięcy temu nie wywoływał we mnie jakiejś wielkiej ekscytacji. Jeśli chcecie się przekonać dlaczego byłem w wielkim błędzie a także gdzie w Bieszczadach są najlepsze widoki, skąd roztacza się najpiękniejsza panorama Lwowa, kto straszy w chełmskich podziemiach i gdzie jenoty wychodzą na spotkania z turystami – zapraszam do relacji.
Dzień 1Niedzielnego poranka nadszedł długo przez nas wyczekiwany pierwszy dzień wakacji. Po stresie związanym z przygotowaniami, pakowaniem i dopięciem wszystkiego na ostatni guzik w pracy i w domu (m.in. „sprzedaniem” kota znajomym) mogliśmy odpalić nasze 1,9 TDi i ruszyć w nieznane. Jako pierwszy akcent wakacji zaplanowaliśmy sobie, po drodze do naszego pierwszego miejsca noclegowego, wizytę w Beskidzie Sądeckim i zdobycie najwyższego szczytu tego pasma. Oczywiście to ja byłem głównym pomysłodawcą takiego rozwiązania. Chciałem podczas tych wakacji zaliczyć kilka gór KGP, których nie mam jeszcze w swojej kolekcji, zwłaszcza że okolice które mieliśmy odwiedzić są znacznie oddalone od Wrocławia. Niestety, przy Bacówce nad Obidzą meldujemy się dość późno, bo ok. 13, w dodatku znad Radziejowej nadciągały ciemne chmury i postraszyło nas porządnie deszczem.
1. Przy Bacówce nad Obidzą

Jeszcze w domu obiecaliśmy sobie, że - biorąc pod uwagę fakt że jedziemy z małym dzieckiem – nie przesadzamy, nie ryzykujemy sytuacji, która mogłaby spowodować chorobę itp. (przed urlopem sporo chorował). Zdecydowaliśmy więc, że na Radziejową tym razem nie idziemy. Ale z drugiej strony sytuacja nie wyglądała tak źle, można było przejść się na krótszy szlak, z którego w razie większej ulewy można by łatwiej się ewakuować. Wybieramy do tego celu Eljaszówkę. Na szczyt dochodzimy po niespełna godzinie. Całe podejście lasem, bez większej historii. Na wierzchołku wieża widokowa, na którą szybko wbiegamy żądni pięknej panoramy. Niestety, przejrzystość powietrza pozostawiała sporo do życzenia, choć na horyzoncie zamajaczyły nawet Tatry, a lesiste stoki Beskidów ciągnące się kilometrami same w sobie są bardzo urokliwe. Wracamy do bacówki na małą kawkę i odjeżdżamy w kierunku Beskidu Niskiego. A na Radziejową – trzeba będzie szybko wrócić, przecież nie będę specjalnie tu dla niej jechał 400km z Wrocławia – pomyślałem sobie.
Kręta droga wijąca się wzdłuż Popradu doprowadziła nas do Muszyny. Kilkanaście kilometrów dalej mieścił się nasz cel – Dom na Łąkach miał być naszą bazą na pierwsze trzy noce. Beskid Niski wita nas burzą i przepiękną tęczą. Wychodzę na bosaka na ukwieconą, mokrą łąkę i idę przed siebie szukając miejsca do zrobienia dobrej fotografii. Czuję jak cały stres, z którym wiąże się szara, miejska codzienność spływa ze mnie wraz z kroplami deszczu.
Beskid Niski… Z czym kojarzyło mi się zawsze to pasmo? Brak wybitnych szczytów, brak charakterystycznych punktów widokowych, schronisk czy grani do przejścia. Po prostu zadupie, pewnie coś takiego jak jakieś Góry Bardzkie czy inne mniej interesujące pasma w Sudetach. Tak myślałem jeszcze kilka miesięcy temu. A potem zacząłem czytać. O pięknych krajobrazach, zielonej cichej przestrzeni gdzie panuje tylko przyroda, Łemkach, wioskach, które zniknęły z powierzchni ziemi i zostały po nich jedynie cmentarze lub symboliczne drzwi, cerkwiach – przepięknych drewnianych cackach jak z innego kulturowego kręgu…
No i chwyciło. Jak było w rzeczywistości? Jeszcze lepiej!
2. Beskid Niski, okolice Domu na Łąkach
Dzień 2Następnego ranka pakujemy rowery na dach i jedziemy do Uścia Gorlickiego. Tam rozpoczynamy 40-kilometrową trasę zwiedzając po drodze chyba z 5 cerkwi. Pierwsza z nich, w Kwiatoniu, to po prostu majstersztyk sztuki budowlanej. Akurat w dniu kiedy byliśmy wnętrze było niedostępne do zwiedzania. Cóż, trzeba tu szybko wrócić, pomyśleliśmy, i pojechaliśmy dalej. Gładyszów, Krzywa, Regietów, Skwirtne… Po drodze krajobrazy, które po prostu nas uwiodły. Łagodne zalesione wzgórza ozdobione ukwieconymi łąkami, spokój, kwiaty, falujące trawy. Przepięknie. I jeszcze jedno. Beskid Niski to raj dla rowerzystów z dzieciakami. Dość łagodne podjazdy, dobre drogi, praktycznie zero ruchu, zwłaszcza ciężarowego. Po kilku godzinach zameldowaliśmy się z powrotem przy samochodzie i wróciliśmy do Domu na Łąkach. Mieliśmy tam pełne wyżywienie, a potrawy serwowali takie, że czułem jakby 3 razy dziennie była wigilijna wieczerza – szczerze polecam.
To oczywiście nie koniec tego dnia, na popołudnie zaplanowaliśmy wycieczkę do pobliskiego słowackiego Bardiowa. Niestety nie zdążyliśmy już wejść do kościoła św. Idziego, pozostał nam spacer bajkowym centrum miasteczka oraz murami miejskimi. Na kwaterę wracamy zmęczeni ale usatysfakcjonowani.
3. Cerkiew w Kwiatoniu

4. Cerkiew w Skwirtnem

5. Bardiów - rynek

6. Bardiów - kościół św. Idziego

Dzień 3Dnia następnego nie ma przebacz. Wstaję przed 4 rano, Radziejowa się sama nie zrobi. Na 8:30 mamy zaplanowane śniadanie, także nie było czasu do stracenia, zwłaszcza że do Piwnicznej – Kosarzysk, pod Obidzę, miałem 65km w jedną stronę. Temperatura wręcz wymarzona – 1 st. powyżej zera i słońce, co zapowiadało piękny dzień. O 5:30 ruszam mocno do góry i po godzinie z kilkoma minutami melduję się pod wieżą widokową. Po drodze otwierały się już miejscami widoki i dobrze wiedziałem co mnie czeka. Panorama w takich warunkach to prawdziwa uczta dla oczu. Mur Tatr – od Sławkowskiego po Miedziane – widoczny doskonale. A poza tym Gorce, Pieniny, Wyspy… Na szczycie spędzam ok. 15 minut i ruszam w dół. Na śniadanie jestem punktualnie.
7. Panorama z Radziejowej na Przehybę

8. Tatry z Radziejowej

9. Panorama z Radziejowej na wschód

Po krótkiej i burzliwej dyskusji postanawiamy ruszyć na Lackową. Alicji nie przekonuje wycieczka z praktycznie zerowymi widokami, ale gospodarze przekonują nas, że jest naprawdę fajnie, więc idziemy. Dołącza do nas jeszcze jedna para z małym dzieckiem. Samochód zostawiamy raptem ze 2km od kwatery – gdyby nie Franek to nie byłoby w ogóle sensu go brać – i podchodzimy na Przełęcz Beskid. Stamtąd bardzo stromym lasem (pamiętam jak Lucyna twierdziła, że to najbardziej stromy szlak w Beskidach) do góry. Cóż, z młodym na plecach (z nosidłem prawie 20 kg), trochę potu musiałem tam wylać. Szczyt Lackowej to gęsta buczyna karpacka, ale była przynajmniej pieczątka i Franek miał radochę. Dla mnie to chyba pierwszy przypadek zdobycia dwóch gór KGP tego samego dnia. Ze szczytu schodzimy na Przełęcz Pułaskiego. A potem do doliny Bielicznej. I tutaj zaczynają się fantastyczne widoki. Pięknymi łąkami dochodzimy do cerkwi w wiosce od której nazwę wzięła cała dolina. A może było odwrotnie… Zmęczony młody niemal zasypia mi w nosidle kiedy dochodzimy do auta. Po obiedzie wrzucamy na luz i siedzimy w ogrodzie pozwalając dziecku pobawić się do woli w piaskownicy, domku i grając z nim w piłkę. Następnego dnia ruszamy dalej – w Bieszczady.
10. Na szczycie Lackowej przystawiamy pieczątkę, 6. góra Franka do KGP

11. Zejście do Doliny Bielicznej
Dzień 4Ale nie od razu. A raczej – dopiero pod koniec dnia. Póki co jedziemy jeszcze do Kwiatonia licząc na obecność przewodnika i zwiedzenie cerkwi od wewnątrz. I nie przeliczyliśmy się. Wnętrze świątyni zapiera po prostu dech w piersiach. Przepiękne malowidła i ikonostas. Przewodnik opowiada nam historię z badaniem wieży cerkwi, która była do niej dobudowana w XVIII wieku. Znaki na zamkach ciesielskich wskazują jednoznacznie, że głównym budowniczym był analfabeta. A okazuje się, że wierzchołki trzech krzyży na świątyni znajdują się niemal idealnie w jednej linii, a jej długość jest równa wysokości do wierzchołka najwyższego z nich. W obu przypadkach odchyłka wynosi milimetry. Niesamowite.
12. Wnętrze cerkwi w Kwiatoniu

Z Kwiatonia jedziemy do Ożennej, koło której znajduje się początek szlaku na Wysokie. Najkrótsza i najlepsza droga prowadzi przez Przełęcz Beskidek i Słowację. Tuż za granicą chcę pojechać skrótem, szutrówką na Ondavkę, ale stan drogi szybko zmusza nas do zawrócenia. Nie dla naszego golfa takie wyboje. Ostatecznie jedziemy świetną drogą przez Zborov i Niżną Polankę. Do Polski wracamy przez Przełęcz Beskid nad Ożenną. Parkujemy pod szlabanem przy początku szlaku zielonego. Idziemy przez bukowy las zwany Czumakiem. Pół godziny później siadamy na szczycie Wysokiego. Wyjmujemy z nosidła Franka, który zasnął kilka minut wcześniej i kładziemy na trawie. Osłonięty przez nas od słońca śpi na szczycie jeszcze dobre pół godziny. A wokół nas – piękne góry ozdobione gdzieniegdzie ukwieconymi polanami. Wróciliśmy tą samą drogą i udaliśmy się do Krempnej. Myśleliśmy, że miejscowość, w której mieści się dyrekcja parku narodowego będzie dość ruchliwa, ale gdzie tam. Nie było nawet za bardzo gdzie zjeść obiadu. Ale nic to. Było to nawet atrakcyjne.
Z braku knajpy, bierzemy „bułę i parówę” i idziemy zobaczyć ekspozycję siedzibie Magurskiego Parku Narodowego. Dla mnie – nic specjalnego, ale Frankowi całkiem się podobały wypchane zwierzęta, więc było ok.
13. Panorama z Wysokiej

Zanim opuściliśmy Beskid Niski zrzuciliśmy jeszcze rowery z samochodu i pojechaliśmy obejrzeć następne piękne cerkwie – Świątkowa Mała, Kotań i sama Krempna – ta ostatnia na szczęście była otwarta. Wszystkie piękne. Każda wyjątkowa.
Zaczęliśmy odczuwać już trochę intensywność ostatnich dni, a w Bieszczady mieliśmy kawał drogi. Ostatecznie do Baligrodu – naszej bazy na następne 6 nocy – docieramy już po zachodzie słońca. Prognozy na następne dni niestety nie były zachęcające. Miał nas czekać jeszcze jeden pogodny poranek a potem kilka dni wyraźnie gorszej pogody.
14. Cerkiew w Krempnej
Dzień 5Wolelibyśmy trochę odpocząć, ale postanawiamy wykorzystać pogodę i wyjeżdżamy o poranku do Ustrzyk Górnych. Po drodze jeszcze zostawiam w Brzegach rower, aby mieć czym wrócić po samochód po zrobieniu Caryńskiej.
Podejście z Ustrzyk na Caryńską - cóż, trzeba to przetyrać do góry i tyle. Po godzinie mijamy wiatę i parę minut później otwierają się widoki. Niemal dokładnie w tym samym momencie zaczyna lać. Niebo zaciągnęło się w międzyczasie tak, że nie ma raczej szans na szybkie wypogodzenie. Z ciężkim sercem ekspresowo zbiegamy na dół. Nie chcieliśmy zwłaszcza, żeby Franek mocno zmókł. Szkoda, że nie wytrzymało jeszcze choćby kilkanaście minut, abyśmy mogli nacieszyć się widokami.
Wracamy do Ustrzyk, jemy obiad i powstało pytanie co robić dalej. Z braku laku zdecydowaliśmy się pojechać w okolice Mucznego, aby zobaczyć bieszczadzkie żubry. Dojeżdżam pod zagrodę żubrów a tu wszyscy w aucie śpią, więc nie zastanawiając się długo odsuwam lekko fotel i również zasypiam. Później okazało się, że żubry i tak się gdzieś pochowały, a stadnina koni huculskich w Tarnawie jest zamknięta. Nieco zniechęceni wracamy do Baligrodu, ja sobie tylko na szybko wyskakuję na fajny punkt widokowy z panoramą na Krzemień i Kopę Bukowską. W sumie zrobiliśmy chyba tego dnia ze 150km autem, a niewiele zobaczyliśmy – cóż, czasem tak bywa.
Dzień 6Dzień kolejny miał być słaby jeśli chodzi o aurę, także nie spieszyliśmy się ze śniadaniem. Na Bieszczadymieliśmychyba przygotowanych trochę zbyt mało opcji nie-górskich,i tego dnia nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić. Co dziwne, minęło kilka godzin a tu pogoda nie tylko nie pogarszała się, ale zaczęło się nawet przebijać słońce. Proponuję wyrównać rachunki z Caryńską najkrótszą drogą – z Przęłęczy Wyżniańskiej. Na miejscu jesteśmy jakoś po 16. Nad Rawkami kłębią się bardzo ciemne chmury, ale nie zrażamy się i ruszamy. Napotkani ludzie mówią, że na górze jest nieźle, tylko wieje. Robimy sobie przerwę przy ławeczce, tuż przed początkiem stromego leśnego odcinka. Franek mówi, że chce pójść kawałek sam. Proszę bardzo synu – góry są twoje. Dopingowaliśmy go mocno, żeby sam przeszedł ten leśny odcinek, a tymczasem on… doszedł na swoich nogach do grani, a potem na Kruhly Wierch – kulminację Caryńskiej. Ależ byliśmy z niego dumni! 250m przewyższenia dla dzieciaka, który jeszcze nie skończył 3 lat to naprawdę fajne osiągnięcie. Franek też był z siebie strasznie zadowolony. Panorama z Caryńskiej jest naprawdę przyjemna, choć na gniazdo Tarnicy, z powodu kłębiących się chmur, widoków nie było. Ale to jedyne w swoim rodzaju odczucie wielkiej przestrzeni w Bieszczadach jest niesamowite. Usatysfakcjonowani wróciliśmy do domu. To było kilka godzin wędrówki wbrew niekorzystnym prognozom. Suma szczęścia chyba wychodzi w górach na zero.
15. Cisna, Franek planuje atak na Caryńską

16. Skrzyżowanie szlaków czerwonego i zielonego na Caryńskiej

17. Podejście na Kruhly Wierch

18. Zejście z Caryńskiej, widok na Rawki
Dzień 7Dzień kolejny natomiast nie dawał nadziei na wyjście w góry i decydujemy się dać trochę frajdy Frankowi. Wsiadamy w Majdanie do kolejki wąskotorowej. Dla Alicji i dla mnie to niejako podróż sentymentalna. Jedziemy na Balnicę, do Wojtka, gdzie sześć lat wcześniej spędzaliśmy podróż poślubną. Tym razem pogoda nie była w ogóle łaskawa i solidnie się rozpadało, ale to tylko potwierdziło słuszność decyzji o niewychodzeniu w góry. Balnica jak stała tak stoi, Wojtek żyje i ma się dobrze, Franek szczęśliwy a my miło spędziliśmy deszczowa połowę dnia. Po przyjeździe do Majdanu wracamy w okolice kwatery, ale postanawiamy ruszyć kilka kilometrów dalej na polecanego przez naszego gospodarza pstrąga. W niepozornej budce, na plastikowych talerzach, jemy chyba najlepszy posiłek w Bieszczadach. Wrażeń nie było nam jeszcze dość i robimy sobie jeszcze wycieczkę do Średniej Wsi (gdzie oglądamy ładny kościół z XVI wieku), Uherców Mineralnych (gdzie zwiedzamy browar i kupujemy kilkanaście butelek piwa Ursa Maior – producenta „Rzeźnika”) oraz Soliny. Tamże, przedzierając się przez może plastikowej tandety docieramy na koronę zapory aby odbyć spacer. Trudności 0, droga podejścia VI.2+ A0 (obiecałem Frankowi, że jeśli zrezygnuje z plastikowego dinozaura to mu kupię później lizaka). Tak oto wyglądał nasz deszczowy= lajtowy dzień.
Dzień 8Dnia następnego nasza kadra miała zainaugurować mistrzostwa, także późnym popołudniem koniecznie musieliśmy być na kwaterze. Plan był prosty – Rawki. Pogoda zdawała się dopisywać od samego rana. Znaną drogą robimy 47,2km na Wyżniańską Przełęcz. To samo miejsce startu co 1,5 doby wcześniej, lecz kierunek przeciwny. Franek do schroniska dzielnie dochodzi na własnych nogach. Na miejscu dostajemy takie naleśniki z jagodami, że najadamy się nimi w 3 osoby. Młody przeszedł jeszcze kilkaset metrów sam, po czym pada hasło „palankin” – tak nazywamy nasze nosidło. Podejście na Małą Rawkę poznaliśmy sześć lat temu, schodziliśmy tamtędy w deszczu i dobrze pamiętaliśmy tę stromiznę. Ale w górę to oznacza jedynie szybkie przejście piętra lasu i wydostanie się na widokowy wierzchołek. Po godzinie jesteśmy na Małej Rawce. Połoniny tego masywu, mimo znacznej jego wysokości, są malutkie. Przejrzystość powietrza nie była najlepsza, ale i tak było na co popatrzeć. Alicja z Frankiem zostali przy obelisku, ja pobiegłem jeszcze na południowy kraniec góry obfotografować tamtą stronę. Spotykam tam bieszczadzkiego przewodnika, z którym dyskutuję trochę i zyskuję nieco wiedzy na temat okolicznych słowackich i ukraińskich pasm, o których pojęcie mam co najwyżej mgliste. Wracam po chwili do swoich, pakuję śpiącego Franka do palankinu i schodzimy. Po chwili głowa syna zaczyna bezwładnie opadać. Przy bacówce budzi się całkiem wyspany. W Wetlinie zjedliśmy jakiś obiad, a potem już tylko oglądanie na stojąco meczu Polska – Irlandia Północna na malutkim telewizorze na kwaterze. Na następny dzień umawiamy się z Alicją, że dostaję na poranek dyspensę od rodzicielskich obowiązków i mogę pojechać w góry, a małżonka, już trochę znużona, zajmie się Frankiem. Siadam nad mapą i rozważam dostępne opcje. Wiem, że chcę pójść na Bukowe Berdo, tylko z czym to połączyć aby wyszła fajna wycieczka… Mam w głowie plan średni i plan max, chcę zrealizować któryś z nich w zależności od samopoczucia. Pakuję rower na samochód, nastawiam budzik na 3.40 i idę spać.
19. Gniazdo Tarnicy ze szlaku na Małą Rawkę

20. Na szczycie Małej Rawki

21. Na Wielkiej Rawce

22. Panorama z Wielkiej Rawki
Dzień 9Zawsze w momencie, kiedy mam wyjść z ciepłego łóżka o tak barbarzyńskiej porze, sam się sobie dziwię. Ale wiem, że będzie się opłacało. Ruszam do Wołosatego. Strach rozwinąć większą prędkość, po drodze, na tym krótkim odcinku, widzę zwierzynę co najmniej kilkanaście razy. Za Ustrzykami Górnymi zatrzymuje mnie straż graniczna pytając gdzie jadę tak wcześnie. W góry – rzucam. Z rowerem? – dopytują. Zostawiam auto w Wołosatem, jadę rowerem do Pszczelin, przechodzę przez góry do samochodu i wracam po rower. Strażnik uśmiecha się – Nieźle, miłej wycieczki. Miłej służby!
Parkuję przed znakiem zakazu ruchu, ściągam rower, zarzucam plecak i wsiadam na siodło. Szybko się jedzie z góry, ale jest piekielnie zimno w dłonie. 13km do Pszczelin robię w 25 minut. No to w las, dość stromo do góry. Pierwsze 300m deniwelacji zajmuje mi pół godziny. W ogóle idzie mi się dobrze i trzymam raczej mocne tempo. W dodatku wiem, że widoki mogą być naprawdę wyjątkowe i szczerze mówiąc – nie mogę się ich doczekać. Za Kopą teren się trochę wypłaszcza i nawet momentami sobie delikatnie podbiegam. Po 1h10 od startu wychodzę z lasu na skraju Połoniny Dźwiniackiej. Jestem oczarowany. Wczesny ranek, nade mną niebieskie niebo i słońce, wkoło góry, w dolinach mgły. Cudnie. Najlepszy widok jaki kiedykolwiek widziałem w Bieszczadach. Po kolejnej godzinie jestem na Krzemieniu i robię przerwę na śniadanie. Im wyżej, tym lepsze widoki. Zieleń czerwcowych Bieszczadów jest niesamowita. Po posiłku i zlustrowaniu okolicy przechodzę przez barierki i schodzę ze szlaku. Nie chce mi się schodzić na Przełęcz Goprowców i potem trawersować szczytu. Poza tym, jestem rasowym górskim recydywistą. Aby do końca uśpić sumienie, zbieram okoliczne śmieci. Ludzi po horyzont okrągłe zero. Bardzo przyjemnie idzie się grzbietem Krzemienia, sześć lat temu z Alicją również tędy szedłem. Ścieżka jak była wyraźna, tak jest. Piętnaście minut później wracam już na szlak i zaczynam trawersować Kopę Bukowską. Trawersować… A właściwie czemu nie wejść? Na Kopie Bukowskiej jeszcze nie byłem, a wygląda na to, że jest to ostatnia okazja na widoki, bo od strony Halicza zaczęły się podnosić chmury i szybko przesłoniły znaczną część nieba. Od strony zachodniej jakoś nie szło, okrążyłem więc szczyt i wbiłem się w górę przez półmetrowe maliniaki kawałek dalej. Okazuje się, że od wschodu ścieżka była całkiem wyraźna, wkrótce do niej dochodzę i już bardzo wygodnie wchodzę na kolejny wierzchołek. Panorama, jak cały czas tego dnia – świetna. Z Kopy Bukowskiej już bez dalszego marudzenia schodzę do szlaku i wchodzę na Halicz – już w chmurze. Nawet się nie zatrzymuję tylko kontynuuję w stronę Rozsypańca. Myślałem, ze to definitywny koniec pogody, a tu przyjemna niespodzianka, chmury się za chwilę rozwiewają i ponownie mam spektakl. Z tego miejsca doskonale widzę Połoninę Bukowską i góry po stronie ukraińskiej. Oj, chciało by się pójść dalej… Tymczasem schodzę na Przełęcz Bukowską i czeka mnie najgorszy fragment trasy –ośmiokilometrowe zejście do Wołosatego. Zaciskam zęby i maszeruję. Po chwili spotykam… pierwszych tego dnia ludzi (!). Zejście dłuży się, ale dość sprawnie docieram do budki BdPN po dużą butelkę wody. Ten wyceniony na prawie 10h według mapy szlak pokonuję ostatecznie w 5h10. Wracam do Pszczelin po rower i przed południem jestem z powrotem w Baligrodzie. Muszę przyznać, że powieki podczas jazdy same się zamykały.
Po południu jedziemy jeszcze do Myczkowców pooglądać sto kilkadziesiąt miniatur cerkwi (fajna sprawa bo wszystkie w tej samej skali) a wieczorem powoli zaczynamy się pakować, gdyż następnego dnia rano mieliśmy opuścić Bieszczady.
23. Poranek na Połoninie Dźwiniackiej. Caryńska i Rawki

24. Kopa. Stąd przyszedłem

25. Połonina Dźwiniacka, Krzemień. Tam idę

26. I jeszcze raz za siebie

27. Krzemień, Kopa Bukowska, Halicz, Rozsypaniec

28. Jeszcze rzut oka na Caryńską

29. Idą chmury

30. Chciałoby się pójść dalej a nie wolno... Połonina Bukowska

31. Bieszczady ukraińskie
Dzień 10Od rana, zgodnie z prognozą, leje. Ale nic to, jedziemy wedle planu do Lwowa. Wahaliśmy się pomiędzy drogą przez Medykę i Krościenko. W tym drugim przypadku bałem się mocno o stan drogi po drugiej stronie granicy i zostaliśmy przy Medyce. Jedziemy przez Sanok i Przemyśl. Nie bardzo się spieszymy, gdyż prognoza pogody dla Lwowa nie przewiduje na ten dzień żadnych rewelacji. Zatrzymujemy się więc w drugim z wymienionych przed chwilą miast na kawę i wczesny obiad. Wyskakuję na szybko do kiosku po plan miasta i robię rekonesans co by można w Przemyślu zobaczyć. Ekspedientka poleca mi Muzeum Dzwonów i Fajek w Wieży Zegarowej, na szczyt której w dodatku można wejść. Rewelacja. Ekspozycja jest naprawdę ciekawa, na pewno najlepsze muzeum które odwiedziliśmy podczas tego urlopu. Przemyśl z wieży, choć bardzo deszczowy, i tak robi przyjemne wrażenie. W ogóle to miasto bardzo spodobało się Alicji już od pierwszego wejrzenia. Również dlatego, że zwiedzaliśmy je dodatkowo i nie spodziewaliśmy się żadnych fajerwerków. Szybko dowiedzieliśmy się, że Przemyśl dzwonami i fajkami stoi (o czym można się przekonać choćby w pobliży greckokatolickiej katedry). Miejscowa ludwisarnia Jana Felczyńskiego to podobno jedna z najstarszych firm w Polsce (założona na początku XIX wieku).. Deszcz niestety nie pozwolił nam na wiele więcej. Zwiedziliśmy obie katedry, odpuściliśmy jednak zamek, przeszliśmy się w okolicach rynku i to w zasadzie na tyle.
32. Przemyśl - panorama z Wieży Zegarowej

W strugach deszczu wsiadamy do auta i ruszamy do Medyki. Po dwóch godzinach oczekiwania przekraczamy granicę i wjeżdżamy na teren Ukrainy. Cerkwie zastąpiły kościoły, cyrylica – alfabet łaciński a obejścia zrobiły się może trochę skromniejsze. Miejscami wiszą czerwono czarne szmaty. Wjeżdżamy do Lwowa od zachodu, musieliśmy następnie przedostać się na drugą stronę miasta, na ulicę Piekarską, gdzie mieliśmy kwaterę u pani Jadwigi. Nie dysponując GPSem, a jedynie mapą i mając za pilota Alicję średnio znającą cyrylicę – było ciekawie. W dodatku jakiś potężny wiadukt był w remoncie i sporą część trasy stanowił jakiś objazd.Znaków kierunkowych na miasta – jak na lekarstwo. Coś tam nieraz wskazują na Kijów i Czop. Co za Czop? Nigdy nie słyszałem. Dobrze, że na centrum nieraz się trafi drogowskaz.
Ruch uliczny we Lwowie to odrębna historia. Każdy grzeje 60-70 km/h ulicami, którymi ja bałem się jechać 30. Myślałem, że stara wrocławska kostka jak kiedyś na Grunwaldzkim czy jeszcze obecnie na Pułaskiego to zła nawierzchnia. Haha, tam to by była jedna z lepszych ulic. Ale za to żadnego problemu z wpuszczaniem się, pełna kultura, słyszałem że dzika amerykanka, a tu pozytywne zaskoczenie. Muszę przyznać, że pomijając problemy nawigacyjne, z jazdą na Ukrainie nie miałem żadnego problemu. W każdym razie, mimo ulewy, udało nam się dotrzeć w końcu na kwaterę przy ul. Piekarskiej. Kamienica jak na Nadodrzu, z wyjściem na ukwiecone podwórze, nawet stropy podobnie wysokie, chyba ok. 3,5m. Rozpakowaliśmy się, odwiozłem samochód na pobliski parking. Tymczasem przestało padać i zaczęliśmy kombinować czy by się nie wybrać jeszcze na wieczorny spacer po mieście. Piętnaście minut później byliśmy już na ulicy. Piekarską dochodzimy do Iwana Franki, chwilę potem jesteśmy przy kościele Bernardynów i… załapało. Jest coś w niektórych miastach, że czujemy się w nich dobrze od pierwszego wejrzenia, sympatycznie się po nich spaceruje, mają to coś. Pamiętam doskonale pierwszy spacer po Wilnie. Ale Lwów – jest jeszcze piękniejszy. Wielkomiejski. Ze wspaniałą architekturą. Przechodzimy koło Arsenału, potem Cerkwie Uspieńska z przepiękną wieżą, ulica Ruska, Rynek, ulice Drukarska, Ormiańska. O Ormiańskiej mówił mi znajomy, że serwują tam doskonałą kawę z wiśniówką. No to szukamy. Siadamy na powietrzu tuż obok dzwonnicy katedry. W restauracji śmiesznie tanio. Wreszcie nie muszę prowadzić auta i mogę się napić czegoś z procentami. Alicja uśmiecha się do mnie, ganiam się z lekko znudzonym Frankiem po ulicy, na której błyszczą jeszcze kałuże, jest fajnie. Z Ormiańskiej wychodzimy na Prospekt Swobody, dawne Wały Hetmańskie, podchodzimy pod Operę. Cudo. Dalej pod Mickiewicza, Hotel Georges, katedra Łacińska, wracamy na Rynek. Widok wzdłuż ulicy Ruskiej z wieżami Bernardynów i Wołoską w tle staje się moim ulubionym pejzażem Lwowa. Ściemnia się. Jesteśmy zmęczeni, wracamy na naszą skromną ale schludną kwaterę. Umawiamy się na następny dzień na zwiedzanie z przewodnikiem, panią Teresą.
33. Lwów - Opera

34. Róg Rynku, Katedra Łacińska

35. Ratusz, południowa pierzeja Rynku, ulica Ruska, wieża Cerkwi Wołoskiej
Dzień 11Spotykamy się następnego poranka. Pani Teresa mieszka we Lwowie od urodzenia. Rodzice nie zgodzili się na przesiedlenie. Poruszamy wiele tematów – stosunek miejscowych do Polaków, kontakty z Polakami w Polsce, warunki życia… Wygląda na to, że nie jest łatwo. Ale dla pani Teresy Lwów to miasto-dom i pewnie nigdy by się z niego nie wyprowadziła. Przechodzimy obok kamienicy, w której Gabriela Zapolska pisała „Moralność Pani Dulskiej”. Co krok to anegdota, historia jakiegoś Polaka, miejsca... Wstyd, ale części z nich nie znamy. Potem znanym już odcinkiem Iwana Franki, Arsenał, tu historia o dziwnym przebiegu torów tramwajowych pod byłym austriackim Pałacem Namiestnikowskim. Kościół Dominikanów, Rynek, Kamienica Królewska, Kaplica Boimów. Tutaj naprawdę warto się zatrzymać. Wnętrze nie ruszane od 400 lat. Sklepienie powala na kolana. Potem Katedra Łacińska. Tu ciągle bije polskie serce Lwowa. Pani Teresa opowiada o księdzu Władysławie Kiernickim – piękna historia pełnego miłości i patriotyzmu życia. W Katedrze spędzamy dłuższą chwilę. To jedyne miejsce gdzie podczas naszego pobytu częściej było słychać język polski. Następnie idziemy pod Mickiewicza. Franek szaleje na cokole, godło Rzeczypospolitej ktoś przeplótł cienką biało czerwoną szarfą. Spod pomnika Wałami do Opery. Niestety, wejść do środka nie można, mimo znajomości pani Teresy. Jakaś próba czy coś. Wspólnie zwiedzamy jeszcze Cerkiew Preobrażeńską i Katedrę Ormiańską. Ta druga – absolutnie przepiękne wnętrze. Na Alicji zrobiło to największe wrażenie w całym mieście. Tu się żegnamy, 4 godziny minęły bardzo szybko, głowy bolą od natłoku informacji, Franek już solidnie zmęczony, i tak dzielnie to zniósł, cóż go mogą obchodzić wnętrza kościołów kiedy cały dzień nie było widać jednej skromnej koparki. Zdobywamy się na jeszcze jeden wysiłek i wchodzimy na wieżę ratusza. Dość specyficznie to wszystko zorganizowane, turyści przeciskają się pomiędzy urzędniczkami w garsonkach bo wejście prowadzi przez korytarze urzędu miejskiego. Na platformie widokowej straszny tłok. Młode Ukrainki poprawiają wyzywający makijaż przed 10.Identycznym zdjęciem z kija z kretyńskim dziubkiem. Tragedia. Widok super, ale okoliczności jego podziwiania już nie do końca. Choć nie, nie robi chyba takiego wrażenia jak choćby panorama Wilna. Dochodzimy do wniosku, że krecią robotę robią tutaj zaniedbane dachy. W zejściu wleczemy się za paniami na 20cm szpilkach. Poszliśmy jeszcze na Ruską do „Lwowskiej Premiery” na obiad i wróciliśmy na Piekarską. Młody z Alicją zasypia a ja idę na spacer na Wysoki Zamek. Zamku to tam nie było, widoki z Kopca Unii Lubelskiej całkiem całkiem.
Wieczorem idziemy na jeszcze jedną rundę, ale już luźniejszą, na zasadzie gdzie nas nogi poniosą. Podziwiamy z Frankiem cztery figury greckich bogów i bogiń stojące w rogach Rynku. Słuchamy kapitalnie grających kapel na Halickiej – jeszcze nie słyszałem ulicznych grajków grających tak dobrze. Jednak jak magnes przyciąga nas ulica Ormiańska. Siadamy sobie tam na małe co nieco do jedzenia i picia. Jak wychodzimy to już się ściemnia. Franek daje radę już tylko na barana. Idziemy jeszcze koło Opery, Uniwersytetu, Ossolineum i Pałacu Potockich. Na Kopernika ulicę fajnie ozdabiają powieszone nad nią parasole. Przez Plac Halicki wracamy na kwaterę. Padamy z nóg. Jutro ciąg dalszy.
36. Plac Halicki

37. Wnętrze Kościoła Dominikanów

38. Kamienica Królewska

39. Pd-zach róg Rynku, Posejdon

40. Pani Teresa, w tle Katedra

41. Wnętrze Kaplicy Boimów

42. Pomnik Mickiewicza

43. Pod Pomnikiem Mickiewicza, Hotel Georges

44. Katedra

45. Wnętrze Katedry Ormiańskiej

46. Wnętrze Katedry Ormiańskiej

47. Semper Fidelis... Tibi Poloniae Zawsze Wierny... Tobie, Polsko

48. Wschodnia pierzeja Rynku z wieży ratusza z Czarną Kamienicą, Kościół Dominikanów, Cerkiew Wołoska

49. Widok z wieży ratusza na południowy zachód

50. Panorama z Kopca Unii Lubelskiej
Dzień 12
Na ten dzień zaplanowaliśmy obiekty znajdujące się trochę dalej od centrum – Kościół św. Elżbiety i Sobór św. Jura. Ten pierwszy jest o tyle ciekawy, że znajduje się dokładnie na wododziale i wody spływające z części dachu płyną dopływami Dniestru do Morza Czarnego, a reszta dopływami Wisły do Bałtyku. Sama świątynia ma piękną bryłę, w środku obecnie wystrój cerkiewny, bo taka jest obecnie jej funkcja. Zanim tam jednak dotarliśmy musieliśmy się zapoznać z lwowską komunikacją miejską. Ceny biletów robią wrażenie – bilet normalny 2 hrywny tj. 30gr. W środku ludzie podają sobie pieniądze – jeden drugiemu. W drugą stronę wędrują bilety. W pewnym momencie wsiada grupa cygańskich dzieciaków próbujących wyżebrać jakieś drobniaki. Strasznie fałszują.
51. Sobór św. Jura

Idziemy spacerkiem Horodecką pod sobór. Piękna świątynia. I wewnątrz i na zewnątrz. Na szczycie fasady święty Jerzy zabijający smoka. W środku tyle ikon I relikwii naraz nie widziałem jeszcze nigdy w życiu. Ale kościołów mamy chyba już chwilowo dosyć. Spod soboru idziemy na Szewczenkę na przystanek “siódemki”. Niestety mamy pecha – była kolizja i sznur nieruszających się tramwajów zalega na torowisku. I tutaj kłania się Ukraina – zamiast zepchnąć w parę minut uszkodzone samochody z torów i przywrócić ruch – tu się nikomu nie śpieszy. Idę porozmawiać z motorniczą czy są jakieś widoki, że to ruszy. Radzi nam wsiadać, powinno się za chwilę udać. Tramwaj przedpotopowy, gorszy niż najstarsze wrocławskie ogórki z czasów kiedy zaczynałem studia. Nie wiem jak to się toczy po tych krzywych szynach. Nieważne, chwilowo jestem zajęty Frankiem, który idzie za przepierzenie motorniczej, ciekawy jak wygląda przód tramwaju. Kobieta bierze go na kolana, pokazuje gdzie się otwiera drzwi, dodaje gazu, włącza sygnał dźwiękowy. W Polsce nie do pomyślenia. Mieliśmy w planie dojechać tramwajem ‘7’ na Cmentarz Obrońców Lwowa. W końcu coś się ruszyło i potoczyliśmy się w kierunku centrum. Po drodze jednak okazało się, że kawałek dalej ponownie „masziny się zetknęły” i nie ma sensu jechać tym tramwajem, w dodatku ktoś nam powiedział, że na Łyczakowski i tak nie dojedziemy bo są remonty. Tymczasem ja coraz bardziej zaczynam patrzeć na zegarek i zastanawiać się czy nie przyjdzie nam stać do nocy na granicy. Z ciężkim sercem podejmujemy decyzję, żeby odpuścić cmentarz. Gdyby nie Franek, stanie nawet kilkanaście godzin nie byłoby problemem, ale musimy też myśleć o nim. Trzeba było pojechać sobie spokojnie na cmentarz dzień lub dwa dni wcześniej. Nasza wina. Idziemy do „Premiery” na wczesny obiad, po czym wracamy na Piekarską. Alicja nas pakuje, a natomiast idę po samochód. Za 2 doby na strzeżonym parkingu zapłaciłem 50 hrywien. Gadam sobie chwilę z parkingowym – prawie w ogóle go nie rozumiem, ale chyba on rozumiał i polubił mnie. Jak wyjeżdżałem to zatrzymał mnie mnie i pozgarniał z przedniej szyby liście. Wciskam mu w rękę 20 hrywien. Chłop gnie się w ukłonach...
52.
nie ma jak Lwów
Zabieram swoich z kwatery, żegnamy się z panią Jadwigą i zaczynamy następne zadanie. Przejazd przez centrum Lwowa w godzinach szczytu. Dojeżdżamy do feralnego miejsca, gdzie zaczyna się remont wiaduktu. Znaki „objazd” są zdecydowanie za rzadko umieszczone. I głupio np. skręt w lewo na 3 pasmowej ulicy na 50m przed skrzyżowaniem. Oczywiście nie miałem szansy zmienić pasa. Zaczynamy się kręcić po Lwowie. 15 minut, pół godziny. Ludzie nie wiedzą jak dojechać na Szeginię, Przemyśl. Tablic kierunkowych nie ma. W pewnym momencie przyjąłem strategię, że jadę w byle którym kierunku jak najszerszą ulicą, żeby dostać się do obwodnicy. Tam może jakieś znaki będą. Dwa razy wjeżdżam w jakieś blokowiska. W końcu widzę tablicę na... Czop. Znów ten Czop! Ok, jedziemy. Po kilku kilometrach dojeżdżamy do skrzyżowania z obwodnicą. Od tego momentu już bez problemu. Przez godzinę kręcenia się po Lwowie napotkaliśmy jedną tablicę kierunkową... W upale dojeżdżamy do granicy. Odbieramy bilecik. Liczę z grubsza ilość samochodów do szlabanu. Jest ich sto kilkadziesiąt, sporo busów... Ukraińcy mówią nam, żeby jechać od razu pod szlaban, że z małymi dziećmi puszczają. Na polską stronę granicy dostajemy się po 2-3 godzinach. Tutaj idzie wolniej, sami prosimy o wpuszczenie, wjeżdżamy przed kolejkę. Czekamy na ostatnią kontrolę, a tu zmiana załogi. Przez 1h15 nie dzieje się kompletnie nic... Franek znosi to wszystko świetnie. W końcu po 5 godzinach ruszamy. Gdyby ludzie nas nie wpuszczali przed siebie to stalibyśmy z 8 albo i 10 godzin. Za godzinę zaczyna się mecz Polska – Niemcy... Od dawna wiedziałem, że musimy obejrzeć go w drodze. Z przejścia skręcam na Lubaczów, potem jakimiś lokalnymi drogami aby dojechać za Jarosław i do drogi Rzeszów – Lublin. Jakieś remonty, objazdy... Ludzie gnają po wioskach 100-120 km/h. Każdy śpieszy do domu na pierwszy gwizdek. My włączamy radio, wjeżdżamy po chwili do miasta Sieniawa, szukamy jakiegoś lokalu. Jest pizzeria, wysiadamy, w sumie udało nam się trafić fajne miejsce z telebimem. Franek popłakuje ze zmęczenia i tak jest bardzo dzielny, w końcu zasypia u nas na rękach. Tymczasem Milik marnuję sytuację za sytuacją... Ale mecz i tak nam się podobał. Na Roztocze – do naszej następnej bazy mamy jeszcze 60km. Oczy już się zamykają za kółkiem, Biłgoraj, droga na Zamość, Tereszpol, Lipowiec. Jesteśmy. Piękny dom, fajny pokój, pachnąca pościel... Postanawiamy, że jutro jest dzień luzu.