Wszystko, czyli cały plan rozpoczął się dwa tygodnie przed wyjazdem. Wtedy to dzwonił do mnie wujek i zapytał czy nie chciałbym go zabrać na Rysy. Pomyślałem, że czemu nie, w końcu sam tam nie byłem, więc chętnie się przejdę. Przecież Rysy zawsze spoko! Długo nie myśląc telefon do kumpla i pytam czy nie chce jechać z nami. Co jak co, ale ostatnimi czasy prawie zawsze jeździmy razem. Po szybkiej konsultacji z żoną powiedział, że takiej okazji nie przegapi i jedzie. Dzień później szybkie telefony do schronisk i rezerwowanie miejsca, którego nie ma. Plan miał być piękny. Nocleg w schronisku a rano "atak szczytowy!". Jak zwykle życie zweryfikowało moje plany i miejsc w schroniskach brak (pozdrawiam recepcje morskiego oka i roztoki!) a więc plan minimum. Dzwonie do babeczki w Zakopcu i pytam czy nie przenocuje 4 lumpów parę h przed wyjściem na Rysy. 4 bo jak się okazało kolega z pracy dowiedział się, że jadę i chciał do nas koniecznie dołączyć. Żeby było śmieszniej zaczął pytać innych ludzi czy nie jadą

bo jak stwierdził "wiesz, zawsze wszyscy jadą a potem się okazuje, że nikt nie pojedzie!". Oczywiście po tym jak stwierdziłem, że to on jest najbardziej niepewną osobą prawie się obraził... jak się po weekendzie okazało niesłusznie...
Przyszedł poniedziałek i co się okazuje się? Kolega z pracy nie może jechać. Żona nie może zamienić się w pracy i musi pilnować dziecka w domu - standard! Jak widać moje słowa okazały się prawdziwe. Jakby tego było mało dzwonie do wujka, który stwierdza "nocleg w Zakopanym i wyruszenie na Rysy w taki sposób
nie ma sensu, przełóżmy to". Już myślałem, że mnie strzeli... Co nie ma sensu kur... Ja nie pojadę? W dupie mam a jak!

Na całe szczęście kumpel, jest nieugięty i nie odpuszcza - w razie czego jedziemy sami! Myślę, to mi się podoba! Przynajmniej jeden, na którego można liczyć. W międzyczasie wpadłem na pomysł, żeby zwerbować kogoś z forum. 3 dni posuchy w temacie aż w końcu jest pierwszy sympatyczny kolega Plusik (Maciej) z Częstochowy. Zaczyna się więc robić nieźle. Dla niego przekładamy godzinę wyjazdu z 1 na 2 w nocy, co by mógł spokojnie dojechać. W czwartek okazuje się, że jeszcze comb chce się z nami zabrać. Całkiem nieźle, widzę ekipa się zbiera. Pod koniec dnia jednak nie jedzie. Po przeglądnięciu pogody zmienia dzień wyjazdu na niedziele. No nic... w trójkę też da się przecież zrealizować "najwyższy" cel.
Przychodzi piątek. Siedząc w pracy cieszę się jak głupi i odliczam godziny, minuty do wyjazdu. Jestem cały czas w kontakcie z Maciejem i kumplem od auta, kompanem ostatnich wyjazdów górskich.
Oczywiście jak cała wyprawa, tak i ostatni dzień nie mógł obejść się bez przygód. Wychodzę z siłowni, godzina 6, telefon od kumpla. "Wyprawa obecnie zawieszona, bo moja żona...". Kur... dup... cip... hu... nie wierzę. Jak można zrobić taką akcje dosłownie parę godzin przed wyjazdem? Pomijam już fakt, że Maciej ma dymać aż z Częstochowy. Dzwonie, na szczęście jeszcze nie wyjechał, ale jest zwarty o gotowy. Po krótkiej rozmowie stwierdzamy, że i tak pojedziemy. Ja go nie zostawię na lodzie i w razie czego sami jedziemy autobusem, ale oczywiście spróbuje przekonać jeszcze kolegę, co by przekonał żonę. 2 godziny i 4 telefony później okazuje się, że konflikt z żoną zostaje zażegany i wracamy do początkowego planu. Nareszcie wszystko zaczyna się układać w całość. Maciej ma dojechać do nas na 2. 2.15 wyjeżdżamy z Krakowa i lecimy na pełnej na Palenice gdzie czeka nas piękna lampa zamówiona przez samego Macieja na jasnej górze. Ja powoli pakuje manatki, sprawdzam jeszcze kamerki i pogodę na dzień następny. Wszystko wydaje się być w miarę ok. Trzy na cztery pogody pokazują w miarę znośne warunki, więc nie jest źle. Kładę się więc w miarę spokojny do łóżka na długi 2 godzinny sen w nadziei, że jak się obudzę to już wszystko pójdzie po naszej myśli. W końcu już przecież nic nie może się zepsuć
Po długim 2 godzinnym śnie czas wstać. Czuje się jak nowo narodzony! W końcu po całym tygodniu pracy, treningów przyszedł czas na wyjazd w góry. Nie może być lepiej! Sprawdzam kamerki. Nie widać chmur, czyli nie jest źle! Dzwonie do Macieja. Ma lekkie opóźnienie, ale ma być na czas. Kumpel w drodze, więc tyle co się myję i wychodzę. 2.15 przyjeżdża kumpel. 3 minuty później zgarniamy Macieja i lecimy już przez Kraków na Palenice. Po drodze tylko jeszcze tankowanie, szybkie śniadanie dla Maćka w Maku, na które czekaliśmy 20min i już nic nas nie powstrzyma.
Wreszcie godzina 4.30 jesteśmy w Palenicy na parkingu. 1/3 parkingu już zawalona. Czuwający Pan wychodzi ze swoje budy i mamrocząc coś pod nosem prowadzi nas na miejsce gdzie mamy zaparkować. Pogoda jest taka jak na kamerce. Ciemno, pochmurnie, ale nie pada. Nie zwracając więc uwagi na chmury wyruszamy. Czas operacyjny 4.50. O dziwo na parking przyjeżdżają coraz to nowsze ekipy. Myślę sobie, że to dobrze. Może teoretycznie oczekujące nas miśki wybiorą tych za nami a nie nas

Poubierani w kufajki, polary, softshelle, plecaki, latarki, kijki i rękawiczki rowerowe ruszamy w kierunku wodogrzmotów. Nie mija 30min jak widzimy światła latarek ludzi, kierujących się w stronę Palenicy. Przez chwilę myślałem, że to może ktoś z topru, jednak jak się po chwili okazało to tylko grupka Słowaków kierujących się na Orla Perć

Oczywiście wskazaliśmy im odpowiedni kierunek i kazaliśmy im skręcić za wodogrzmotami w prawo na Dolinę Roztoki. Po szybkiej pogawędce przyśpieszyliśmy kroku, aby na wodogrzmotach zrobić pierwszy postój na rozebranie się ze zbędnego wyposażenia. Było na tyle ciepło, że spokojnie w t-shirt'ie można było dymać na MOko. Nie zdążyliśmy zebrać a doganiają nas Słowacy. Patrzą na znaki (moko, palenica, dol. roztoki) po czym znowu kierują się w złą stronę. Tym razem na MOko

Ponownie wskazujemy im drogę i ruszamy dalej. Swoją drogą jestem ciekaw jak z taką orientacją w terenie (by)poradzili sobie na Orlej i po co w ogóle idą o tej godzinie po szlaku skoro nawet nie wiedzą gdzie mają iść?
Tak czy inaczej idziemy dalej. Robimy mały postój na Włosienicy. Spotykamy tam parę osób, które ewidentnie spały tam na stołach a teraz tak jak i my wciągają śniadanie

Jednak w przeciwieństwie do nas Ci sympatyczni Panowie mieli zamiar się gdzieś wspinać. Jednak koniec końców nie wiem czy się odważyli bo pogodą niestety nie zachęcała.
Przy okazji muszę wspomnieć, że nocowanie na stołach knajpy na Włosienicy to chyba niezła opcja w ciepłe noce. Oczywiście tylko w przypadku gdy w Moku czy Roztoce nie ma miejsca. Schody, które oddzielają ulicę od wejścia są zabezpieczone pastuchem, więc nie nie proszonego nie powinno w nocy wleźć a dodatkowo na pewno będzie tam ciszej niż w schronisku
Po wciągnięciu paru kromek, owocka, batona i napiciu ciepłej herbaty lecimy dalej. Tym razem stwierdzamy, że nie robimy postoju przed MOkiem tylko z miejsca lecimy dalej. W końcu trochę już straciliśmy czasu na przebieranie i śniadanie wcześniej a do tego Maciej musi zdążyć na 18 na PKP do Częstochowy.
W momencie gdy docieramy pod schronisku, już zaczyna się mocno rozjaśniać. W końcu nastaje dzień. Chmury są widoczne w zasadzie wszędzie. Mięgusze przykryte chmurami. Mnich na szczęście się nie daje i mocno odstaje od reszty. Niestety do tego zaczyna padać deszcz. Nie jest on jednak na tyle mocny, żeby rezygnować z naszych planów a do tego w stronę ze strony Palenicy się przejaśnia. Parę fotek i ruszamy dalej. "Słońce tak wali po oczach", że po drodze pytamy Macieja jaką pogodę zamówił na nasz wyjazd i czy na pewno zamówił ją na odpowiedni dzień? No, ale nic... nie dajemy za wygraną w końcu taka "lampa" nie zdarza się za często. Po drodze mijamy kolejne ekipy udające się na Rysy. Jest godzina może 7 rano a ja już martwię się co tam się będzie działo na górze, skoro już o tej godzinie tyle osób nagina na szczyt. Naginamy dalej... w połowie drogi na Czarny Staw postanawiamy przeczekać "niesamowita lampę" pod drzewem. Deszcz tak pada, że nie mamy zamiaru cali zmoknąć. Mijają nas kolejni ludzie. Pytamy ich czy nie mają może trochę kremu do opalania bo jest trochę strach, że na szczycie nas zjara. Niestety nikt nie pomógł. Nawet grupka młodych ludzi schodzących z góry do MOka. Jedyne co to poinformowali nas, że na stronie słowackiej jest 30*C a na Rysach rozdają piwo. Nie musieli nas długo namawiać. Ruszamy dalej. Plan jest taki, że dojdziemy nad Czarny Staw o tam zobaczymy co się święci. W końcu ICM sugerował, że im później tym lepiej. Jak widać obecnie się to nie sprawdza. Droga od Czarnego Stawu w zasadzie cała w chmurach. Ja tam widzę przejaśnienia jednak chłopaki nie są ta optymistycznie nastawieni na wejście jak ja. Do tego z góry schodzi starszy gość, który odraza wszystkim wejście. Cześć ekip mocno się zastanawia co robić podczas gdy inne ciągle przybywają z dołu i bez zastanowienia naginają na górę. Po 30minutach przemyśleń typu iść/nie iść postanawiamy, że chyba jednak damy sobie spokój. Chmury są na tyle nie fajne, że nawet gdyby nam się udało wejść po śliskich kamieniach i łańcuchach to i tak by pewnie nic nie było widać.
Schodzimy w dół i już mało brakuje a chłopaki by zaliczyli wywrotki na kamienie. Wszystko jest śliskie a miejscami płyną strumyki powstałe z padającego deszczu. Daje nam to trochę wyobrażenie co by się musiało dziać na na szlaku i przy zejściu. Niesmak pozostaje jednak decyzja wydaje się słuszna.
W drodze do MOka pogoda nie poprawia się ani na chwilę. Deszcz pada chwilami nawet mocniej. Plan jest napić się piwa i osuszyć się przynajmniej chwilę w schronisku. Oczywiście wychodzi jak z całym wyjazdem. Ludzi jak "mrówków". Nawet drzwi się nie domykają. Piwo postanawiamy wypić później, bo nie ma sensu się cisnąc do schroniska w takich warunkach. Chowamy się chwilę pod dachem, żeby przeczekać mocniejszy deszcz. Przy okazji spotykamy sympatycznego kolegę z Wrocławia, który prawie ze łzami w oczach stwierdza "motyla noga cały miesiąc czekałem, żeby tu wejść". Niestety rozumiem co ma na myśli. No, ale jak się nie da to się nie da. Strzelam parę zdjęć i schodzimy do Włośienicy. Tam postanawiamy zjeść wszystko co mieliśmy zachowane na całą podróż i przynajmniej trochę się rozgrzać. Pogoda dalej nie odpuszcza. Jakby tego było mało nawet robi się trochę zimniej. Ja szczerze mówiąc jeszcze miałem ochotę przebić się przez Szpiglas do D5S, jednak patrząc na miny chłopaków nawet nie sugerowałem zmiany planów. Po szybkiej przekąsce zbieramy się na dół i tu zaczyna mnie ogarniać wkur... Nie mija 30min jak pogoda się poprawia. Miejscami wychodzi słońce. Nie mija kolejne 10min deszcz przechodzi, temp się podnosi i pogoda wydaje się być idealna na wejście. Niby zdaję sobie sprawę, że już za późno, ale coś mi nie pozwala odpuścić i zrezygnowany schodzę w dół prosząc o przynajmniej lekki deszcz, aby nie było czego żałować. Niestety nic z tego się nie dzieje. Pogoda poprawia się z minuty na minute. W końcu moje słowa się sprawdzają. ICM sugerował, że im później tym pogoda będzie lepsza. Niestety nikt mnie nie słuchał a chłopaki cały czas pocieszają, że trudno i na pewno następnym razem się uda. Nawet Maciej wydaje się być większym optymistą ode mnie a przecież to już jego drugi raz, kiedy to nie udało mu się wejść na Rysy. Pocieszam się tym, że za tydzień po raz kolejny wyjeżdżam w Tatry. W prawdzie nie są to Rysy a Wołowiec i Bystra, ale pozwala to przynajmniej na chwilę przełknąć smak porażki.
Schodząc w dół wydaje się, że mijamy setki "turystów". Jak to stwierdził Maciej, na drodze czujemy się jak na wybiegu pokazu mody. Nie brakuje praktycznie niczego no może oprócz osobników wyposażonych w czekany i raki. Stuptuty ma większość osób. Po co? Niestety na to pytanie nie potrafimy sobie odpowiedzieć. Pewni mieli w domu w szafie to trzeba było zabrać!
W końcu docieramy do Palenicy na parking. Nareszcie koniec tej morderczej drogi z MOka. Wsiadamy w auto i jedziemy na Mnicha. Tego dnia zdobędziemy przynajmniej jeden szczyt! Meldujemy się więc w sklepiku na słowackiej stronie i zaopatrujemy się w piwka. Zrezygnowani i zniesmaczeni pakujemy się do auta i jedziemy przynajmniej wypić piwko w spokoju napawając się przy okazji panoramą tatr. I tak lądujemy we wsi Ząb gdzie siedząc na trawce pijemy Smadnego Mnicha płacząc nad swoim losem i nieudaną wyprawą. Chcieliśmy z całej siły, jednak się nie udało. Ja jednak nie daje jeszcze za wygraną i stwierdzam, że nie jest to jeszcze moje ostatnie słowo tego roku. Tym razem wyczekam ładne okienko pogodowe i choćby sam wpakuje się na Rysy.
Zajadając serowego pieroga wracamy do Krakowa gdzie wszyscy się rozstajemy. Maciej dyma coś przekąsić po czym zbiera się na pociąg. Ja jadę się umyć i leżakować po długim 2h śnie a kumpel wraca do żony.
Myślałem, że mimo przeciwności losu uda się wjechać na Rysy. Jednak nic z tego nie wyszło. Chyba wszystko tego dnia było przeciwko nam a cały wyjazd od początku był skazany na porażkę
czas na zapakunek wszystkich bajerów
pogoda nie zachęcała, ale jeszcze nie było tak źle...
jest pięknie, jeszcze będzie lampa!
z chmur wyłania się Mnich
moko skąpane w słońcu
my nie wejdziemy? akurat!
przelotny! zaraz przejdzie!
droga na MPpCh
Maciej tak się naubierał swoich ciuchów, że przy wejściu na Czarny Staw Pod Rysami cały się spocił...
jak spacer po parku
czas zatańczyć, może wtedy pogoda da za wygraną
krzyż na drogę
niektórzy próbowali schować się przed pogodą, jednak chyba nieskutecznie!
kur... nawet pogoda ma z nas ubaw!
mówiłem, że przchodzi!
"kur... miesiąc czekałem, żeby tam wejść!"
piękny sprzęt, jednak nie dla mas! VIP only!
na Rysach nas może nie było, ale Mnicha zaliczyliśmy
Ząb
słoneczko, piękne bezchmurne niebo i piwko
pięknie, kur... pięknie!
PS. co zasługuję na uwagę, to fakt, że mimo pogody ludzie walili na Rysy jak opętani. Szczęście, że nikomu nic się nie stało! (przynajmniej obecnie nie ma nic na ten temat!)
Ślad GPS:
http://tinyurl.com/9q2z3fg