W drugiej połowie lipca zawitałem w leżące na północy Rumunii Góry Rodniańskie.
Do Rumunii dostaliśmy się z Ukrainy, granicę przekraczamy w Sołotwino. Po wbiciu obowiązkowej ukraińskiej pieczątki kierujemy się w stronę mostu przerzuconego nad graniczną rzeką Cisą. Po formalnościach na rumuńskiej części przejścia maszerujemy do Sygietu Marmaroskiego, a konkretnie od tamtejszego dworca autobusowego, skąd łapiemy busa do Borszy.
W Borszy po krótkim spacerku kierujemy się na jedno z pól namiotowych, gdzie spędzamy noc. Kolejny dzień wita nas słoneczną pogodą, toteż nie tracąc czasu zwijamy się i zaczynamy wędrówkę powoli pnąca się do góry drogą wychodzącą z Borszy w kierunku południowym, na Pietrosul.
Przed nami zachodnie zbocze Pietrosula.
Po chwili docieramy do dużego kotła polodowcowego u którego wylotu znajduje się stacja meteorologiczna. Ciut wyżej, kilkadziesiąt metrów za nią – jeziorko Iezer.
Stacja od zachodu, południa i wschodu okolona jest granią Zanoaga Iezerului.
Po kilkuminutowym odpoczynku ruszamy dalej, stacja meteorologiczna zostaje za nami, a my powoli zbliżamy się do Lacul Iezer, jego wschodnim brzegiem docieramy do pnącej się dosyć stromo pod górę ścieżki.
Zaczyna się najtrudniejsza część podejścia, ścieżka wije się serpentyną pod górę.
Grań Zanoaga Iezerului.
Po tym podejściu urządzamy sobie kilkuminutowy odpoczynek, a potem kierujemy się na wierzchołek. Tutaj ścieżka biegnie już łagodnie.
Wierzchołek Pietrosula, a na nim schron (czy też jak twierdzą inni pozostałość jakiejś meteorologicznej instalacji) lata świetności mający już dawno za sobą. W środku śmietnik.
Widok na południe. Przełęcz Curmatura Buhaescului a dalej szczyt Buhaescu Mare, za nim Buhaescu Mic.
Z Pietrosula kierujemy się na przełęcz La Cruce, gdzie planujemy nocować. Stąd na La Cruce można przejść dwiema ścieżkami, jedna biegnie granią, „zaliczając” po kolei szczyty Buhaescu Mare, Buhaescu Mic oraz Rebrę, druga je wszystkie trawersuje biegnąc obok trzech jeziorek Taurile Buhaescului. Wybieramy tą pierwszą.
Tarnita La Cruce, widok z Rebry w kierunku północno-wschodnim.
Przełęczą płynie potok, mające swe źródła na jej południowych stokach. Bardzo fajne miejsce na biwak.
Niestety kolejny dzień spędzamy cały pod namiotem. Budzi nas bębnienie deszczu o tropik, pogoda nie poprawi się przez cały dzień.
Na przejaśnienie się nie zapowiada. Decydujemy się zostać pod namiotem. Deszcz ustaje dopiero pod wieczór.
Poranek następnego dnia.
Buhaescu Mic jeszcze nieco otulony chmurami.
Chmury jak widać przechodzą i pierwsze promyki słońca zaczynają łaskotać namiot. Dzień zapowiada się piękny.
Pasterze już wyprowadzili swoje trzódki. W okolicach wypasu warto zwracać uwagę na obecność psów pasterskich, gdyż przykładają się one do swojej pracy i nie przepadają za intruzami.
Ostatni rzut oka na Tarnita La Cruce, tym razem widok w kierunku zachodnim.
Nadgryziony zębem czasu drogowskaz wskazuje Obarsia-Rebri, gdzie kierujemy nasze kroki.
Po jakiejś godzinie trochę się chmurzy i zaczyna kropić, taka pogoda będzie nam towarzyszyła przez następne dwie godziny.
Około południa wypogadza się. Mijamy Negoiasa Mare, przełęcz Barsanului oraz Puzdrelor.
Ścieżka cały czas prowadzi grzbietami. Przechodzimy przez Laptelui Mare, Galatului i przełęcz o tej samej nazwie. Trasa jest dość łatwa, bez szczególnie stromych podejść i zejść. Po przedpołudniowym deszczu ani śladu, chmury wysoko, widoki piękne.
Tego dnia spotykamy dwie grupki Polaków robiących dokładnie odwrotną trasę do naszej. Poza tym – pustki. Około 16.00 docieramy na przełęcz Saua Gargalau, jedno z ładniejszych miejsc na których przyszło mi biwakować.
Słońce chowa się za grzbietami.
Następnego dnia udajemy się na przełęcz Prislop, rozdzielającą Rodniany od Gór Marmaroskich leżących na północy. W miarę jak oddalamy się od Saua Gargalau dochodzą do nas odgłosy grzmotów, które z każdym razem przybierają na sile. W tej sytuacji postanawiamy nie zatrzymywać się nad wodospadem Case Cailer, który pierwotnie mieliśmy obejrzeć. Burza łapie nas mniej więcej w połowie drogi na przełęcz. Szybko, bo po kilkunastu minutach przechodzi znad głowy gdzieś na bok, ale w dość ulewnym deszczu przyjdzie nam maszerować jeszcze około godziny...
... po czym docieramy do pasterskiego gospodarstwa, gdzie dzięki uprzejmości gospodarza przeczekujemy nawałnicę. Miedzy oborą a chlewikiem dwa maszty, na jednym flaga rumuńska, na drugim unijna.
Krajobraz po burzy

.
Ścieżka na Prislop opada coraz łagodniej w końcu przemieniając się w szeroką, gruntową drogę. Stąd już rzut beretem.
Na Prislop znajduje się nie dokończony jeszcze kościołek, cmentarz, plebania (?), dwa schroniska i budka z pamiątkami.
Pasul Prislop w całej okazałości. Gadamy chwilę z parą Belgów, którzy z Belgii przyjechali tu na rowerach, po czym udajemy się na spoczynek.
Z przełęczy Prislop na drugi dzień łapiemy stopa do Borszy, a stamtąd do Baia Mare. Do Polski będziemy wracać przez Węgry i Słowację. Niemiłosiernie wlokący się autobus do położonego w pobliżu rumuńsko-węgierskiej granicy Satu Mare powoduje, że przyjeżdżamy w godzinach wieczornych i decydujemy się tam przenocować. Następnego dnia na wylotówce z Satu łapiemy stopa, którym przekraczamy granicę z Węgrami.
I to tyle...
