Na poprzednim wypadzie w Tatry poznałam Bartka, z którym umówiliśmy się wstępnie na zimowy kurs turystyki górskiej. Po obgadaniu pasujących nam obojgu terminów ustaliliśmy wspólny mianownik - marzec. A tymczasem nadszedł styczeń, po lekkiej odwilży zima powróciła pełną parą, no i jak tu nie jechać?
Pakuję manatki, wsiadam w autobus i hajże na Zakopane, gdzie się spotykamy. Wcześniej ustalamy PLAN, czyli kilka tras w Zachodnich z zachodu na wschód. Punktem kulminacyjnym tego wyjazdu miał być Giewont.
W niedzielę rano dowiaduję się, że Giewont, a i owszem, ale łykamy na rozgrzewkę, a później przenosimy się do Moka.
Tego dnia żegnam się czule z naszym planem i każde podąża w swoją stronę
Niedziela 23.01
Pogoda jest mało zachęcająca, szaro, ponuro i pada śnieg. Nie nastawiam się na więcej niż schronisko w Kondratowej, a łyknę co najwyżej piwko - w nagrodę za trud

Na Hali zatrzymujemy się przy schronisku i wciągamy drugie śniadanie. To nie jest mój dzień na góry, nie tyle z braku sił, co zwyczajnie, po ludzku - nie chce mi się. Ale zabieram się w sobie i po chwili ruszamy dalej z zamiarem dojścia chociaż do Przełęczy Kondrackiej. W międzyczasie zaczyna coraz bardziej prószyć, a na samej Przełęczy - mleko. W takich warunkach, po małej walce z szukaniem szlaku i z częściowo przymarzniętymi łańcuchami, docieramy na szczyt:
Widoki powalające. Równie dobrze mogłabym zrobić zdjęcie przy słupie telegraficznym i podpisać "Giewont", efekt byłby ten sam
Nie mamy zbyt dużo czasu żeby nacieszyć się wejściem. Pogoda się pogarsza więc robię jedynie kilka zdjęć i jazda na dół, póki ślady są widoczne. Z zejściem jest już trochę gorzej, łańcuchy bardziej przeszkadzają niż pomagają. W jednym miejscu blokuję się na chwilę, bo nie wierzę że utrzymam się w rakach wbitych przednimi zębami "na słowo honoru" i czuję, że jeszcze chwila i spierniczę się z hukiem. Bartek trochę instruuje mnie z dołu, tam stopa, tu druga i o dziwo, schodzę bez szwanku

Dalej pędzimy na Kondratową, a później do Zako, oblookać jakąś knajpkę na zasłużony obiad.
Giewont to cel może nieszczególnie ambitny, ale satysfakcja z wejścia ogromna, zwłaszcza dla mnie, bo byłam pewna, że zakończę ten dzień na Hali
Poniedziałek 24.01
Następny dzień to zakupy w Zako i przenosiny do Moka.
Pogoda bez zmian.
W schronisku niewiele osób. Zostajemy ulokowani w pokoju z widokiem na Mięgusze, bajka... Świeżo po lekturze Komina Pokutników odtwarzam w głowie historie z tamtych lat. Wiele poza wycieczką nad Czarny Staw tu nie zdziałamy, prawie wszystkie szlaki wychodzące z Moka są dla nas za trudne, ale cieszę się że tu jestem. Wieczorem obserwujemy z okna światełka na Kazalnicy, które migocą tam do późnej nocy. Oboje stwierdzamy, nie bez podziwu, że trzeba być jednak trochę szurniętym, żeby tkwić po nocy w takiej piździawce
(Następnego dnia okazało się, że jeden ze wspinaczy to chłopak u którego Bartek robił kurs skałkowy. Świat jest mały
)
Wtorek 25.01
Kolejny dzień wita nas piękną pogodą, która utrzymuje się przez jakieś dwie godziny.
Widoki z okna
Poranny odwiert na Moku
Później wszystko wraca do tymczasowej normy, a my idziemy nad Czarny Staw. Spędzamy tam trochę czasu usiłując rozpoznać okoliczne szczyty. Obliczam że ostatni raz byłam w tej części Tatr 7 lat temu, ale w jakże odmiennych warunkach. Sierpień, tłumy turystów... Dziś spotykamy nad Czarnym tylko jedną osobę, chłopaka który próbując wejść na Rysy zaliczył wycof w okolicach Buli, gdzie zakopał się po… niekąd
Środa 26.01
W środę powoli zaczęło się przejaśniać, co zachęciło nas żeby spróbować przebić się na Wrota Chałubińskiego. Początkowy odcinek Ceprostrady jest mocno wydeptany, ale od pierwszego stromego podejścia musimy torować. Wczoraj znad Czarnego Stawu widzieliśmy schodzącą z tamtędy dwójkę, dziś nie widać żadnych śladów. Własnoocznie, nożnie i ręcznie przekonuję się jak wygląda pokrywa śniegowa przy lawinowej trójce. Nachylenie stoku nie jest aż tak duże, ale momentami idzie się bardzo nieprzyjemnie, śnieg wyjeżdża spod nóg więc ostrożnie stawiam kroki. Tu pośpiech jest złym doradcą, choć najchętniej „przebiegłabym” ten odcinek, żeby szybko znaleźć się w bardziej stabilnym miejscu. Nawet nie staramy się iść szlakiem letnim, bo chyba zakopalibyśmy się po pas w śniegu. Odbijamy więc mocno w lewo i dalej stromo w górę, starając trzymać się skał. Po jakimś czasie wychodzimy przy słupku gdzie szlak rozwidla się.
Widoczność robi się kiepska i zaczyna padać śnieg. Nie mamy zbyt dużo czasu do namysłu, stwierdzamy że pakowanie się w żlebik pod Wrotami przy takich warunkach śniegowych jest zbyt niebezpieczne i zaczynamy schodzić do schro.
Choć nie udało się dojść do celu, dzień zaliczamy do udanych, ze względu na nowe doświadczenia, ale chyba jeszcze bardziej przez bezpieczny powrót
Czwartek 27.01
Posiedzieli, pochodzili, pojedli i popili. Czas się ewakuować, bo już nic więcej tu nie zdziałamy. Rano zbieramy manatki i przenosimy się z Moka do 5-ciu Stawów przez Roztokę. Pogoda szaleje dalej, rano trochę słońca na miły początek dnia, a po dojściu do Piątki - znowu mleko. Po południu robimy mały rekonesans wokół stawów. Na Wielkim spotykamy ski-turowca objuczonego ogromnym plecakiem, mówi że idzie od Muro przez Zawrat… Pyta nas o drogę do schroniska – tak mlecznie jest wokół.
Wieczorem w jadalni trwają debaty: kto, gdzie, którędy i jak. Od jutra pogoda ma się poprawić, a kolejny tydzień zapowiada się rewelacyjnie. Szczęśliwi ci, którzy na ten czas zaplanowali urlop. Nam zostały tylko 2 dni pełnej lampy i chcemy wykorzystać je na maxa. Koledzy z Katowic namawiają nas na Kozi Wierch, gdzie byli tego dnia i ponoć ładnie przetarli szlak. Oglądamy ich zdjęcia, no pięknie, ale Kozi na początek zabawy w górołażenie zimą, to już chyba lekkie przegięcie…
Piątek 28.01
Budzimy się, dopadam okna i... nareszcie

Słońce i bezchmurne niebo. Spodziewana niespodzianka, ale cieszy równie mocno. Jemy śniadanie i zbieramy się do wyjścia w nastrojach na zdobycie Rysów, co najmniej
Więc może jednak ten Kozi...?
Teraz wyraźnie widać przetarty szlak, co ostatecznie rozwiewa wszelkie wątpliwości. Pogoda jest pewna, śnieg przyjemnie skrzypi pod nogami, a z dołu wejście wygląda banalnie.
Po drodze spotykamy jednego z kolegów, który wczoraj na Kozim zgubił aparat. Najpewniej podczas dupozjazdu ze szczytu (

) co by tłumaczyło, dlaczego ich ślad wygląda jakby ktoś przejechał z góry na dół łopatą
Odkrywam swój nowy żywioł - strome podejścia i zaprzyjaźniam się z czekanem
(na Giewoncie to był związek z rozsądku)
Kamziki dwa, coby nie było wątpliwości gdzie się wdrapujemy.
Kamzik ludzki obserwuje, kamzik kamzikowy syczy ostrzegawczo.
W takich warunkach wspinaczka to prawdziwa przyjemność. Zdejmuję rękawiczki, co oznacza że słońce przygrzewa naprawdę mocno
Trochę emocji dostarcza nam niewielki kominek tuż przed szczytem. Nad nim wyostrzam czujność, śnieg staje się głębszy i już nie tak zmrożony. Słońce robi swoje. Lepiej się tu nie poślizgnąć.
Nareszcie docieramy na szczyt
Dla nas obojga to pierwsza poważna zimowa zdobycz. Choć wiem, że gdyby nie rewelacyjna pogoda nawet przez myśl by mi nie przeszło by tu wejść i że do pełnego sukcesu brakuje jeszcze bezpiecznego powrotu, cieszę się ogromnie.
Panorama wokół ścina z nóg.
Wkrótce dołącza do nas skiturowiec, którego spotkaliśmy dzień wcześniej przed Piątką. Zamierza stąd zjechać. Widząc nasze niewyraźne miny uśmiecha się i tłumaczy, że to jedna z łatwiejszych tras zjazdowych w Tatrach, ale dla mnie i tak w skali 1-5 wygląda na 10
Na Kozim spędzamy ponad godzinę, co moje dłonie odczują przy zejściu bardzo boleśnie.
Jedyny trudniejszy fragment po drodze, w zejściu jeszcze mniej sympatyczny...
... a teraz już z górki
Wracamy do Piątki z głowami pełnymi wrażeń, aparatem pełnym zdjęć, szczęśliwi i nawet nie bardzo zmęczeni.
Tymczasem wieczorem w schronisku rozpoczyna się kurs lawinowy.
Sobota 29.01
Nic nie daje takiego kopa na dzień dobry, jak widok gór skąpanych w porannym słońcu
Ostatniego dnia chcemy jeszcze odwiedzić Murowaniec. Szlak przez Zawrat podobno jest przetarty, więc postanawiamy spróbować. Tym razem, niestety, z całym majdanem na plecach, więc może nie być lekko.
Do samego podejścia pod Zawrat idziemy sami. Słońce zaczyna przypiekać, zero wiatru, zero chmur, biel razi w oczy.
Abstrakcyjnie to wszystko wygląda.
Cisza, spokój i złudne wrażenie bezpieczeństwa.
Szkoda, że to już ostatni dzień. Chcę nacieszyć się jeszcze trochę tym co wokół, więc zwalniam kroku i zostaję nieco w tyle.
Robimy jeszcze krótką przerwę na drugie śniadanie i zbieramy siły przed podejściem.
Here we are.
Szlak zimą nie traci na popularności, już na podejściu widać było grupkę ludzi na Przełęczy, a teraz od strony Muro co chwilę wyłaniają się następne osoby. Robi się tłoczno, ale nie spieszymy się z zejściem, czasu mamy sporo.
Jednak wszystko co dobre ma swój koniec. W tył zwrot. Zapowiada się ciekawie...
Schodzimy powoli, przodem do żlebu, usiłując nie wyrżnąć orła na mijankach z tymi, którzy właśnie podchodzą.
Na prawo
Na lewo
W dół
I w górę
Lodzik nad Zmarzłym
Po drodze mijamy dwie grupy kursantów. Co się odwlecze... oj tak, co do tego nie mam wątpliwości. Jeszcze tylko myk przez Czarny Staw i docieramy do schroniska.
Jednak nie ma to jak Murowaniec. Położeniem nie dorównuje Piątce czy Moku, ale to tu czuje się najlepiej. W jadalni wtapiamy się w tłum, wciągamy obiad i odpoczywamy chwilę. Później pędem do Kuźnic żeby zdążyć na ostatni autobus. Na dole w nagrodę za dobrze spełniony obowiązek, przyznaję sobie prawo do pochłonięcia drugiego obiadu

Kolejnego dnia powrót do home sweet home i właściwie to by było na tyle...
Garść refleksji:
* To był zdecydowanie jeden z moich najlepszych górskich wypadów, mimo że totalnie nic nie poszło zgodnie z 'planem'
* Pominąwszy kwestię rozsądku, cieszę się z tego co udało się nam zrobić i uważam to za swój osobisty, mały postęp.
* Obyło się na szczęście bez niemiłych przygód, co nie zmienia faktu, że nadal pod wieloma względami jesteśmy zieloni jak szczypiorek na wiosnę, dlatego kurs zimowy tak czy siak trzeba zaliczyć.
Co by tu jeszcze... Aha. Góry zima są piękniejsze
Dziękuję za uwagę
