Dobra, jedziemy z 3-cim dniem.
Zacznę może jeszcze od końca dnia drugiego.
Jako że Marek miał zaplanowany wyjazd z żonką na Słowację to musiał z żalem nas opuścić i sam wracać do Kraka, my natomiast dobrze bawiliśmy się sącząc piwko i szukając lachonów w całym schronie. Pech chciał że dwie konkretne skore do rozmowy dziewoje zniknęły w mgnieniu oka a bardzo szkoda bo widziałem w ich oczach zdolności rehabilitacyjne.

Po 23-ej do naszego pokoju wpadają Maciek (golanmac) i Paweł (kilerus) vel Morrrrdulec.

Pęka po kilka puszek piwa i w wesołej atmosferze poruszamy wiele istotnych, forumowych tematów.

Kolejne opowieści Maćka i Pawła przysparzają nas o ból mięśni brzucha, które akurat tego dnia nie były mocno nadwyrężane, aczkolwiek idąc w grupie trzech Muflonów też obficie się napracowały.

Z tamtego dnia pamiętam jeszcze słowa Mańka:
P******e, jutro lajt, nigdzie wysoko! - powiedział to całkiem poważnie więc napradę chyba ma dość. Dobrze że w tej chwili nie widział wyrazu twarzy Mordulca;
Jutro jeszcze Miedziane Maniuś, Miedziane, toż to lajt, masz rację... - zdawał się mówić. Nagle Łukasz otwiera okno i tu ta wielka chwila - czujemy że przez pewien czas oddychaliśmy czymś co miało mało tlenu w sobie, więcej: ten "zapach" potrafił ożywić stojące buty pod łóżkiem, które delikatnie się zaczynały już unosić.
O qrrrrrva, ale yebie!!! - rzucił Łukasz po czym szybko wynurzył się do połowy przez okno chcąc nabrać jak najwięcej świeżego powietrza.
Yebie górską brrracią!!! - trafnie skomentował Maciek. Nie pamiętam kto pierwszy przestał się śmiać, wiem natomiast że gdy już przestawałem miałem łzy w oczach.

Po jakimś czasie poczułęm że czas na mnie a widząc że temat debaty chłopaków nie ma się ku końcowi, przykryłem się kołderką i szybko zasnąłem. Obudziłem się koło 8-mej i nie wiem co się dzieje - czekany latają po pokoju, gorąco jak piekle
shit, chyba jestem w piekle!. Otwieram więc drzwi i idę do łazienki. Kiedy wracając otwieram drzwi pokoju wypycha mnie woń górskiej braci, nie dając mi możliwości powrotu. Udaje mi się to jednak po chwili.
O qrrrrrva! - oceniam klimat. Po chwili wychodzi Maniek do łazienki. Wracając - taka sama sytuacja:
O qrrrrrva! Sytuacja powtarza się gdy wychodzi Łukasz. Ten sam motyw. Jednak górska brać daje o sobie znać...

Leżymy długo jeszcze w swoich łóżkach, atmosfera jest ciągle wesoła. W końcu koło godziny 9-tej podnosimy się i idziemy na dół na śniadanie. Przy śniadanku robimy plany gdzie by tu podejść dziś.
Każdy (oprócz Mordulca) ma jedno, zgodne zdanie:
Dziś żadnych hardcore'ów! Patrzę na Mordulca, ten przygląda się mapie a na jego twarzy zauważam lekki uśmiech.
To jednak qrva będzie hardcore - On coś kombinuje! - myślę sobie. O 9:53 wychodzimy spakowani przed MOko. Jest pięknie: słoneczko, błękit i rześkie powietrze. Najlepiej jednak chyba to opisze panoramka zrobiona z mojego fona na werandzie i kilka fotek:
http://pl.youtube.com/watch?v=8odxgOvTxCc
Dobra, to obierami kierunek Dolinki za Mnichem, tam rzucami plecaki i sączymy w słońcu piwko - proponuje któryś. Zakładamy stuptuty i raki i po czym z Pawłem kroczymy pierwsi przez zmrożoną taflę MOka. Nagle stajemy i nasze oczy skierowane na zachód zauważają dwóch gości wspinających się wysoko Urwanym Żlebem.
Extra, co? Ale tam jest cholernie stromo - pytam Kilera.
Ale w sumie, możnaby spróbować... - odpowiada.
Skąd ja to wiedziałem, qrva! - biję się w myślach. Paweł jeszcze stoi i patrzy w górę a ja bez słowa obieram zachodni kierunek schodząc z wydeptanej ścieżki.
Pewnie już się cieszy że szybko uległem - myślę sobie. Tylko czy on w ogóle mnie namawiał? Przecież ja sam wyciąłem bez słowa przed siebie. PKP, ładnie się zapowiada ten dzień. Chłopaki dochodzą do Mordulca, który ciągle patrzy przed siebie pod górę śledząc kilka śladów. Po chwili dobiega mnie głos Maćka i Mańka:
Qrrrrva, taaaaam??? I co potem, Miedziane???
Śmieję się sam do siebie bo nie wiem chyba jeszcze tak bardzo na co się piszę. Z początku podejście jest spokojne, denerwuje mnie tylko śnieg: jest mokry i cholernie ciężki, pod rakami robi się czasami obcas że aż ciężko podnieść nogę. Ale może Dodzie by się to podobało, jej styl...

Podchodzimy kilkadziesiąt metrów i Kiler nagle się zatrzymuje i zrzuca plecak po czym rozpina pasek i ściąga spodnie. Każdy ma z niego niezły obaw. Dochodzę w końcu do niego i pytam o co chodzi a ten na to że zmienia spodnie bo w tych się za bardzo poci. Fakt, jest ciepło, jest cholernie ciepło. Zdejmuję kurtkę i chowam ją do plecaka a wyciągam polar.
Ufffff, od razu lepiej... Korzystając z tego że Mordulec jest zajęty zmianą spodni wyprzedzam go o kilkadziesiąt metrów i z taką przewagą czuję się przez moment bezpieczny. Idzie się o wiele gorzej niż wczoraj i nie chodzi tu o kondycję czy ból mięśni a głównie o ściężkę. Idziemy po kosówce przykrytej śniegiem i czasami bywają momenty że wpadasz po pas jedną nogą w jakąś dziurę pomiędzy gałęziami kosówki i tracisz mnóstwo sił aby się stamtąd wydostać. Po jakimś czasie podejścia widzę Kilera już przed sobą. Na oko jest nade mną 30 mertów!
Qrva, ten Mordulec napewno potrafi się teleportować!!! Nie pamiętam żeby mnie wyprzedzał!!! Nie no, następny dołączył do ich grona. Kiedy doganiam odpoczywających chłopaków i pytam Kilera jak on to robi, ten tylko szczerzy zęby, natomiast Maciek mówi:
To jeszcze niiiiiiic, żebyś Ty sobie z Luką pochodził. W tej chwili machałby już do nas z Miedzianego. Chłopak biega 8km 2 razy w tygodniu, nie dałby szans żadnemu z nas... Wierzę Maćkowi ale zarazem od tej chwili chcę poznać Luke.

Podchodzimy jeszcze kilkadziesiąt metrów pod wystającą skałkę.
Ja tu odpuszczam, miał być lajt a jest powtórka z rozrywki. Patrze na Mańka i po chwili widzę że nie zostanę sam.
Podejdźmy tu jeszcze na tą skałkę i tam się rozbijemy! - krzyczy Łukasz. Wszyscy z łatwością pokonują bardziej strome podejście niż do tej pory i po chwili siedzimy na pięknym progu. Rozbieram się do koszulki (potem na sesję również i ją ściągam) i nic mnie nie obchodzi. Jest 12:03. Patrzymy pod górę i Miedziane wydaje się zupełnie tuż pod nosem, mocniejszy rzut kamieniem i jesteśmy, to przecież już tu. Nie nie, to błędna iluzja. Wystarczy przyrównać jakąś większą skałę do wystającej gałązki kosówki a widać że to jeszcze w cholerę drogi. Kiler i Łukasz już się są naszykowani.
My tu zostawimy plecaki, bierzemy dziaby, aparaty i lecimy na szczyt! - mówią niemal jednogłośnie. Wszyscy mają to gdzieś. Nagle Maciek ni stąd ni zowąd zrywa się na równe nogi i krzyczy:
C**j, lecę z Wami! Początkowo w to nie wierzę ale już to po chwili staje się to faktem. Zostajemy sami z Mańkiem i przez kilka minut obserwujemy jak te Muflony dosłownie wbiegają pod wcale nie delikatną stromiznę.
Ja p**rrrrrrrrr***e, mają rozmach s**rrrrrrr*****y, co? - pytam Mańka.
Ja mam to wyyebane, dawaj browar! - odpowiada mi bez większego namysłu. Siedzimy sami z Mańkiem jakiś czas, dzwonimy po znajomych, piszemy SMSy, robimy fotki i tak po 30-tu minutach pojawia się Maciek:
Ja to p**rrrrrrrr***e, to się tylko wydaje że jest tak blisko a tam jest jeszcze spory kawałek yebania! Tak myślałem i cieszę się że teraz odpuściłem. I tak jeszcze czeka mnie dziś podróż ośmio kilometrowa a potem piękne podejście pod Boczań do Murowańca gdzie rano zaklepałem sobie nocleg. Leżymy w śniegu a słońce niesamowicie grzeje. W między czasie Maciek zauważa że troche się pogubiliśmy w topografii. Najlepiej opisze to kolejny filmik nakręcony fonem:
http://pl.youtube.com/watch?v=G2x3z_5keyw
Jest 13:45 kiedy w górze na naszym horyzoncie dostrzegam dwie ruszające się kropki.
Patrzcie wracają wreszcie! - pokazuję chłopakom. O 14:01 są już z przy nas. Kiler opowiada że byli na grani ale nie dali rady podejść pod sam szczyt bo po prostu się nie dało.
A jeśli nawet Kiler mówi że się nie dało to wiecie jak musiało być... - tłumaczy Łukasz.
Wiemy, wiemy, musiało być naprawdę grubo! - odpowiadam.
Chłopaki kończą piwko, które im zostawiliśmy i gonimy na dół. Jak to zwykle bywa - jestem mistrzem prostej z górki więc staruję zanim tamci się jeszcze nie podnieśli i nie spakowali. W kilka chwil potem już znikają mi z pola widzenia i nawet nie wiem czy poszli moimi śladami. Po jakimś czasie daję się namierzyć Mordulcowi, który ostro sunie na dół. Zanim mnie dogania próbuję obadać jakiś dobry teren do zjazdu ale mało tu tego, wszędzie wystająca kosówka. Nagle wzrok mój zatrzymuje się na niepozornym ale dosyć stronym żlebiku mającym dobrych, kilkadziesiąt metrów. Trzeba będzie tylko delikatnie wyhamować i złożyć się dobrze w jednym ostrym zakręcie a później pójdzie już szybko do samego dołu.
To jest TO! - myślę sobie po czym trawersuje cholernie strome zbocze aby dostać się do owego żlebu. Siadam na dupie i jazdaaaaaaaaaaa!!! Jest szybko, za szybko, więc hamuję obrywając przy tym gałęziami po gębie.
Paweeeeeeł, przejdź do tego zbocza, tu można fajnie pojechać! - zapraszam Mordulca i po chwili jedzie w mojej rynnie jakieś 2 razy szybciej.
Schodzimy do MOka gdzie ku naszemu zdziwieniu pozostała 3-ka czeka na nas.
Qrva, jak Wy się tu dostaliście? Czekaliśmy na Was! - pytam mocno zdziwiony.
A jechaliśmy sobie tamtędy - wyjaśnia mi Łukasz pokazując styliskiej czekana conajmniej 2 razy taki żleb jak ten nasz.
Chollllllera, szkoda że nie poszliśmy w Wasze ślady... Dochodzimy do schronu po czym zdejmujemy i chowamy sprzęt do plecaków. Jest 14:45. Mimo że słońce chowa się gdzień za Wrotami Chałubińskiego i stoimy w cieniu to jest nam ciepło.
Wiecie jaka jest temperatura? - pyta Łukasz odchodzący od termometru.
-5, -8? - strzelam.
-18!!! Nieźle co? - szybko mnie informuje. Tu jeszcze Mordulec zdejmuje spodnie i pokazuje dupe Mięguszowi, robiąc przy okazji niezły striptiz ale znów nie ma lachonów. Ich strata...
Kurcze, nie jest tak zimno, toteż nie zakładam kurtki a na sobie mam tylko koszulkę i polar. Robimy jeszcze zakupy i uśmiechniętymi mordami pokonujemy asfalt. Nie byłem w stanie spamiętać wszystkiego co się przez drogę wydarzyło ale było tego dużo. M.in. tekst Maćka przy pierwszym skrócie:
Wchodząc na skrót - idziesz na łatwiznę!
Pierwszy skrót oczywiście pokonaliśmy dookoła ale następne już były nasze. Pokończyło się piwo toteż nie zadawaliśmy sobie tego trudu pokonania całego asfaltu...

O 17:10 jechaliśmy już busem do Zakopca a o 17:50 siedzieliśmy w knajpie z polanym piwem.
Tu jeszcze szybki obiadek, czułe pożegnanie z Górską Bracią, bo jakże mogłoby być inaczej? Wszak Wszyscy Romantykami Górskimi jesteśmy.

Jako że busy o tej porze to rzadkość, o 18:01 spod ronda ruszyłem z buta do Kuźnic. No i co teraz? Jasne że Boczań. Czołówka, raki i ogień. Cóż za katorga iść pod Boczań w takim stanie. Raki bardzo mi pomogły aż do Upłazu kiedy je ściągnąłem, inaczej pewnie zostawiłbym zęby na którymś kamieniu. W trakcie. O 20:32 byłem na Kaczmisku gdzie chwilę posiedziałem podziwiając piękny widoczek Zakopanego nocą.
Tu mocno żałuję że nie wziąłem swojego aparatu i statywu tylko podręczną małpę, która mimo wszystko zadanie swe spełniła. O 20:48 ląduje w Murowańcu gdzie biorę szybki prysznic i ląduję w łóżku. Tyle z tego dnia. Było naprawdę pięknie.
Kolejny dzień opiszę w tygodniu. Nie będzie praktycznie co tam opisywać, więcej będzie fotek. Brać pojechała do domu a ja, biedy robaczek zostałem sam...
