Ostatnio nie miałem szczęścia do weekendów w Tatrach. Jak była lampa, to nie mogłem, jak mogłem to prognozy były fatalne. Wreszcie tydzień temu w sobotę prognozy były na tyle życzliwe, że z kumplem pakujemy się do samochodu i ruszamy w Tatry Słowackie. Celem - Litworowy Wierch. Właściwie, to nie ma się co oszukiwać, trasę rozkminił Sokrates, ja topograficznie i pozaszlakowo jestem mocno do tyłu.

Na miejscu okazało się, że poprzedniego dnia urobił Sławkowskiego i nie bardzo ma siłę na ruszenie o 5 rano na kolejną wyrypę. Tłumaczy mi, jak mniej więcej trzeba iść, coś tam rozumiem, zbieramy się z kumplem i ruszamy w kierunku Śląskiego Domu. Szlak prowadzi lasem, pierwsze widoki pojawiają się w okolicach Wielickiej Polany.


Pogoda najpierw nie może się zdecydować, po szczytach raz hasają chmury, a za chwilę jest już czyściutko, wreszcie przeważa opcja z lampą. Mijamy hotel, podchodzimy na próg wodospadu i do Długiego Stawu. Tutaj popełniam topograficzny błąd. Miałem mijać Gerlachowską Kopkę mając ją z lewej, ja zrozumiałem, że po lewej więc schodzimy ze szlaku i po kamieniach dochodzimy do żlebu, w który się wbijamy.


Tutaj kolegę zaczynają łapać skurcze w nogi i stwierdza, że lepiej będzie jak się wycofa do Długiego Stawu. Dalej atakuję już sam. Wejście nie jest trudne, w większości po dużych głazach, czasami po trawach, jest też kilka kruszyzn, ale bez problemów. Po kilku minutach osiągam wylot żlebu i zauważam dwa stawki, przy których powinniśmy zejść ze szaku w kierunku szczytu. Pnę się dalej do góry i po kilkunastu minutach jestem na przełęczy. Widoki ładne, ale jeszcze ostatnie podejście przede mną.






Wejście na szczyt to kilka minut po szerokiej grani, bez żadnych trudności. Kolejny cel zaliczony. Jest pięknie.




Trzeba schodzić w dół. Z przełęczy schodzę w kierunku tych dwóch stawków, drogą, którą niby miałem podchodzić. W sumie latem chyba nie ma różnicy, która droga jest dobra. Zimą podejście tym żlebem i trawersowanie kilku potencjalnych lawinisk nie było by najlepszym pomysłem, ale patrząc na zeszłotygodniowe warunki, nawet się zastanawiam, czy mój błąd nie okazał się łatwiejszą drogą. Za tymi dwoma stawkami trzeba by przetrawersować dwa pola śnieżne, które opadają aż do brzegów, niby nie sprawiają one trudności, ale z rana śnieg mógł być tam twardy. Jak wracałem to był już taki spokojnie do przejścia. Zrobiłem sobie nawet krótki postój, bo kto powiedział, że w lipcu nie można bawić się w śniegu?

Przy Długim Stawie czeka na mnie kolega i schodzimy do Smokovca. Tam czeka na nas Sokrates, idziemy do niego na kwaterę, trochę doprowadzamy się do porządku i ruszamy w miasto. Wypijam dwa piwka i później mogę tylko patrzyć jak opróżnia się kufel za kuflem, w końcu ktoś musi dojechać do domu. Jedyne co mogę, to pochłaniać kolejne filiżanki kawy. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Trzeba ruszać z powrotem. Po siedmiu godzinach, niezliczonych postojach i kubkach z kawą, jesteśmy znowu w domu.
34 godziny bez snu, 702 km za kierownicą, 6 kaw, 1 litr piwa, 2 litry kofoli, 2423 metry bliżej nieba i nikt mi nie wmówi, że nie było warto...
Niemożliwe nie istnieje!